Rozmowy Małgorzaty Matuszewskiej:
„Uwiecznić strażników kulturalnego dorobku tej ziemi”

Rozmowa z Tomaszem Wenklarem, rzeźbiarzem, twórcą popiersi wybitnych dyrektorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu, stworzonych z okazji 75. rocznicy powołania placówki.

Fot. A. Podstawka

Od czego zaczęła się Pana twórcza praca dla Wrocławia?
Moja wrocławska przygoda rzeźbiarska zaczęła się od konkursu na pomnik Wojciecha Korfantego, zorganizowanego w 2007 roku. O konkursie dowiedziałem się przypadkiem, ale z racji tego, że urodziłem się w Katowicach, postać Korfantego jest mi bliska i stwierdziłem: rzeźbię go – teraz albo nigdy. Wziąłem więc udział w konkursie, a mój projekt został wybrany do realizacji. To była pierwsza praca dla Wrocławia, potem pojawiły się kolejne zamówienia/propozycje wyrzeźbienia ważnych osobistości. Dzięki pracy nad pomnikiem Korfantego zetknąłem się z Fundacją Odbudowy Demokracji im. Ignacego Paderewskiego we Wrocławiu, a dzięki współpracy z Panem Profesorem Waldemarem Wawrzyniakiem i z Panią Beatą Stragierowicz z tej Fundacji pojawiły się kolejne pomysły upamiętnienia znamienitych osób. I tak Ignacy Paderewski został uwieczniony w trzech egzemplarzach we Wrocławiu. Zaczęło się od pomnika przy Promenadzie Staromiejskiej, z której mistrz „patrzy” na Narodowe Forum Muzyki. W czasie, kiedy rzeźbiłem ten portret, ktoś zniszczył dawną tablicę Paderewskiego na ścianie Nowej Giełdy przy ul. Krupniczej, zrobiliśmy więc nową tablicę z portretem przyściennym, odnawiając jej formę, aktualizując treść. Podczas odsłonięcia popiersia przy Forum Muzyki przewodniczący Rady Miejskiej Pan Jacek Ossowski uznał popiersie za udane i zaproponował, aby wyrzeźbić podobne (ale mniejsze) do sali Rady Miasta Wrocławia.

Skąd się wziął projekt popiersi dwójki dyrektorów Muzeum Narodowego: Marii Starzewskiej i Mariusza Hermansdorfera?
Pracowałem nad niedużym portretem Wojciecha Kossaka do holu Muzeum „Panorama Racławicka”. To popiersie miało być uzupełnieniem portretów twórców Panoramy – Jan Styka był eksponowany od lat, portretu Kossaka nie było. Kiedy przyjechałem na uroczystości odsłonięcia portretu, Pan Dyrektor Piotr Oszczanowski zapytał, czy mógłbym pomyśleć o portretach dawnych dyrektorów, które można by odsłonić w czasie kolejnej, ważnej dla Muzeum Narodowego rocznicy. Od pierwszych pomysłów, szkiców, przez stworzenie modeli, aż do realizacji minęło trochę czasu – pandemia bardzo pokrzyżowała nam szyki. Przyjechałem do Wrocławia w pierwszym dniu, w którym nie obowiązuje noszenie maseczek – jest to dla mnie dość symboliczne, bo kiedy jechałem na odsłonięcie popiersia Wojciecha Kossaka, była faza najgłębszej pandemii. Ulice puste, grono obecnych na uroczystości niewielkie, wszyscy „zamaskowani”. Te dwa wydarzenia zamykają dla mnie tę historię pandemii, którą spędziłem twórczo w swojej pracowni rzeźby.

To zamówienie kojarzy mi się z zamówieniem popiersi rzymskich patrycjuszy…
Jest w tym pewna analogia, a dla mnie zaproszenie do tego przedsięwzięcia to zaszczyt. Kiedy rozmawialiśmy o przestrzeni, w której portrety miały być prezentowane, usłyszałem słowo „okulusy”. Obejrzałem je, spojrzałem na przepiękny hol Muzeum – przestrzeń mnie oszołomiła. Poczułem „ciężar powagi sytuacji” – nie co dzień rzeźbi się portrety do takiego miejsca!
W Muzeum Narodowym bywałem jako nastolatek podczas szkolnych wycieczek. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że będę prezentował swoje rzeźby w takiej przestrzeni.
Niespełna rok temu byłem w Rzymie, miałem okazję oglądać rzymskie portrety i patrzyłem na nie pod kątem planowanych własnych realizacji. Chciałem przemycić trochę splendoru towarzyszącego tym osobistościom, wpisując je we wnętrze, chciałem zostawić trochę śladu mojej ręki, trochę rzeźbiarskiego nerwu. Bliski jest mi portret rzymski, bo niejako „wchodzi” w głąb postaci. Włoskie portrety są pełne charakteru, wyrażają osobowości. Czasem, patrząc na nie, ma się wrażenie, że widzi się człowieka, który po prostu zastygł. I wcale nie czuje się dystansu setek lat, tylko widzi człowieka, który się zmarszczył, zdenerwował albo przez głowę właśnie przeszła mu jakaś myśl. Chciałem osiągnąć podobny efekt: żeby popiersia dyrektorów nie były tylko maskami tych osób, ale portretami z życiem. Bo właśnie życie chciałem w nich uchwycić.

Trudno to złapać?
Portret – popiersie to jakby kadr wycięty z taśmy filmowej opowiadającej o danej osobie. I ten jeden kadr musi opowiedzieć o tej osobie uchwyconej w jednym, charakterystycznym dla niej momencie. Dlatego, rzeźbiąc dyrektorów, zastanawiałem się, jacy mogliby być.

Jak Pan tego szukał?
Z Muzeum dostałem sporo zdjęć. Wydrukowane i przyklejone na ścianach w pracowni przybliżały mi wizerunki portretowanych osób. Portret powstaje z dialogu – najpierw jest rozmowa z osobą zamawiającą, sugestie, wytyczne, potem jest moja odpowiedź w postaci glinianej rzeźby. To, co zrobię, opieram o dokumentację. Patrzyłem na zdjęcia przez kolejne tygodnie, próbowałem sobie wyobrazić, jacy byli ci ludzie. Pan Mariusz Hermansdorfer ze zdjęć spoglądał w bok nieco groźnym spojrzeniem Mefistofelesa, z zaczesanymi włosami, potarganym wąsem. Miał w sobie drapieżność i tajemnicę.

Fot. A. Podstawka

Pani Maria Starzewska… oglądałem fotografie przedstawiające ją jako surową panią dyrektor, innym razem jako roześmianą babcię swoich wnucząt. Miałem nawet wrażenie, że na zdjęciach jest nie jedna, ale kilka różnych osób. Zastanawiałem się, jak połączyć te wizerunki, żeby całość zagrała rzeźbiarsko. Skierowałem spojrzenie nieco w bok, wprowadziłem delikatny uśmiech. Lata temu robiłem wizerunki mojej babci. Pamiętam, że ożywiło je wprowadzenie do oczu delikatnego przymrużenia, asymetrycznej zmarszczki na policzku podczas uśmiechu, która dała życie całości. I wiedziałem, że trzeba to zrobić w glinie.

Fot. A. Podstawka

Czy wpływ na portret miała ich praca, w której się specjalizowali?
Na pewno. Wyobrażenie kreowały zdjęcia, często robione podczas muzealnych uroczystości. Charakter ich pracy dyktowało też samo Muzeum, dostojne, stanowiące zbiór naszej kultury. Oni byli strażnikami tej kultury, naszego dziedzictwa. To oni podejmowali konkretne decyzje mające wpływ na przyszłość Muzeum. Gromadzili i powiększali zbiory dzieł sztuki. Tworzyli Muzeum. Są obecni duchem pośród zebranych eksponatów – zarówno tych dawnych, sprzed wieków, jak i tych współczesnych.
Chciałem ich wyrzeźbić jako strażników dorobku kulturowego – może to określenie warto ująć w cudzysłów – tej ziemi.

W jakim materiale Pan pracował?
W założeniu rzeźba zawsze powstaje w glinie, glina jest najwdzięczniejsza. Możemy ją ciągle przerabiać, poprawiać, ona żyje. Glina, którą mam w pracowni w wannie, to najlepszy aktor. Potrafi przybrać formę każdej osoby, może być muzykiem, świętym, portretowanym dyrektorem. Z założenia wszystko powstaje w glinie, a kiedy wizerunek jest zatwierdzony, wykonuję trwały odlew w wybranym materiale. Proces odlewu to najpierw zrobienie formy negatywowej z gipsu, następnie wykonanie odlewów pozytywowych, w przypadku portretów Dyrektorów wykonanych w specjalnym tworzywie. Podstawy pod rzeźbami są z piaskowca, bo całość została umiejscowiona na już gotowych elementach architektury wewnętrznej budynku. Trudno tam postawić coś ciężkiego, odlew z brązu byłby ryzykowny z racji dużego nacisku sił, trzeba by wymyślić konstrukcje odciążające. Dlatego też zastosowałem zamienny materiał – tworzywo sztuczne, akrylowe, które ma świetne parametry jako materiał odlewniczy, odlewa rzeźbę w stopniu perfekcyjnym. Jeśli w glinie został odcisk palca, to może nie dosłownie, „daktyloskopijnie”, ale w pozytywie akrylowym również pozostanie odwzorowany. Tworzywo jest dość cierpliwe, przyjmuje każdą patynę. Stworzyłem imitację lekko zaśniedziałego brązu, żeby podkreślić dostojność portretów.

Czemu zajął się Pan w życiu rzeźbą?
Bardzo trudne pytanie (śmiech). Opowiem anegdotę wziętą z życia. Jako dzieciak chodziłem na roraty do pobliskiej parafii na blokowisku, gdzie mieszkałem. Po drodze była długa ślizgawka. Moi koledzy i ja, jak to dzieci – uważaliśmy, że co święte, to święte, a potem jest zabawa. W kościele organizowano konkursy, po wykonaniu zadania można było na jeden dzień wziąć do domu figurę Matki Boskiej. Miałem wieczny dylemat, co będzie, jak wygram i stłukę figurę na ślizgawce? Powinienem umieć ją zrobić na nowo. Przeżywałem rozterki: figura i ślizgawka, jak pogodzić dziecięcą pasję z powagą sytuacji. Matkę Boską trzeba przecież zwrócić nienaruszoną!
Poza tym mój dziadek mieszkał w Krośnie. Kiedy odwiedzałem go w okresie wakacyjnym, sporo czasu spędzałem w ulubionej stodole. Ciąłem kawałki drewna, lepiłem z gliny. Dziadek miał sporo porządnych narzędzi: dłut, ośników, hebli, solidny stół stolarski, bo sam lubił rzeźbić. Pasja ta została mi zatem przekazana w genach. W liceum plastycznym miałem świetnego nauczyciela rzeźby, Bogumiła Burzyńskiego, pasjonata. Prowadzone przez niego zajęcia z rzeźby były niezwykłe, uwielbiałem je. Dzięki tym zajęciom postanowiłem, że na studia idę „na rzeźbę”, bo to jest to, co lubię.
Rzeźba to żarłoczna dziedzina sztuki, pożera wszystko wokół. Nie da się być rzeźbiarzem „weekendowym”. Ciągle myśli się o rzeźbach, łapie w locie pomysły, szkicuje się je na kartkach, rzeźbi jako miniaturowe modele na niewielkich konstrukcjach, wycina z papieru lub styropianu. W końcu ma się tylko strój roboczy, bo wyjściowy jest rzadko w użyciu. I tak większość czasu spędza się w pracowni pośród gliny, gipsu, stalowych prętów i sosnowych desek.

To chyba męczący sposób na życie?
Skąd, to moja idylla. Kiedy bywam zmęczony wszystkim, co dzieje się dookoła mnie, wchodzę do pracowni, zamykam drzwi i mam wrażenie, że jestem jak ziarnko piasku we wnętrzu małża, które pokrywa się perłowymi warstwami pomysłów i przeróżnych plastycznych wyobrażeń. To właśnie w tej przestrzeni nabierają realnych form.

Rozmawiała Małgorzata Matuszewska

■  Muzealne rozmowy ➸

 

print