Intrygujące!
„Wrocławskich strzelców z Wyspy niefortunne »zabawy z bronią«”

Robert Heś

Na początku był bal i nic nie zapowiadało nieszczęścia. W piątek po Zielonych Świątkach 1799 r. w królewskim mieście Wrocławiu, jak co roku od ponad 230 lat, rzemieślnicy z Bractwa Strzeleckiego z Wyspy (Schießewerderschützen) zorganizowali zawody o zaszczytny tytuł króla strzeleckiego. Rywalizacja przebiegła znakomicie i dzięki pewnej ręce i celnemu oku nowym królem został wówczas bednarz Benjamin Gottlieb Hanner.

Świętowanie towarzyszące intronizacji nowego króla rozpoczęto tradycyjnie od uroczystego przemarszu ulicami miasta barwnym korowodem złożonym z młodzieży cechowej, starszyzny brackiej, strzelców z bronią i chorągwiami, którzy poprowadzili Hannera najpierw do ratusza, a potem na Wyspę Strzelecką. Tam w niedawno wybudowanym (1781) domu strzeleckim, w którym obok wyszynku znalazło się miejsce na pokój bilardowy i salę taneczną, rozpoczęto wieńczący uroczystości strzeleckie bal.

Zabawa musiała być przednia, ponieważ ostatni goście rozeszli się do domów dopiero rankiem następnego dnia. Wśród z nich byli dwaj członkowie bractwa wraz ze swymi małżonkami. Jednemu z nich, niejakiemu Kergerowi, przyszła do głowy krotochwila i „dla żartu” wymierzył broń w żonę towarzysza zabawy, tkacza Kahlera. Pomińmy teraz fakt, po co na suto zakrapianym balu, wszak nieprzypadkowo większość wyrobów złotniczych wrocławskich strzelców to naczynia do spożywania trunków, przyniesiono nabitą broń. Pech chciał, że owa broń wypaliła, ciężko raniąc kobietę, która po pięciu dniach dokonała żywota. Wybuchł wielki skandal, który w następnym roku doprowadził do wprowadzenia przez kamerę królewską zakazu organizowania wystawnych orszaków strzeleckich, przywracając ich skromniejszą wersję sprzed 1794 r.

Nie był to niestety pierwszy ani ostatni taki wypadek z bronią palną, choć być może jeden z nielicznych (jeśli nie jedyny) tak nierozważny. Do przypadkowych postrzałów dochodziło już wcześniej. Na przykład w 1578 r. przed zielonoświątkowymi zawodami postrzelono w ramię dwunastoletnią dziewczynkę. Podczas zawodów strzeleckich w 1822 r. krawiec Hittmann przy swoim ostatnim strzelaniu trafił w głowę sędziego zawodów Gregora, który niebacznie – mimo ostrzegającego przed oddaniem strzału dźwięku dzwonka – podszedł jeszcze raz do tarczy. Nieszczęśnik trafił do szpitala, ale po prawie 9 godzinach zmarł.

Odpowiedzialnymi za takie nieszczęśliwe i często tragiczne wydarzenia nie byli oczywiście tylko członkowie bractw strzeleckich. Niefrasobliwe posługiwanie się bronią palną było dość powszechne. W 1537 r. ślusarz polujący na kaczki na Wygonie Świdnickim postrzelił w ramię służebną dziewkę. Inna służka padła ofiarą pewnego młodzieńca, który w 1568 r. z naładowaną bronią próbował opanować skaczącego konia. Niemal 30 lat później czeladnik stolarski, dmuchając w lufę swej broni, sam postrzelił się w szyję.

Wrocławscy strzelcy ćwiczyli się, jak i rywalizowali, również w strzelaniu z dział, co także było przyczyną nieszczęśliwych zdarzeń, choć nie zawsze wynikały one z winy samych strzelców. Zielonoświątkowe zawody w 1580 r. miały być szczególne, ponieważ odbywały się na nowo wzniesionej okazałej strzelnicy, a zakończyć miały świętowaniem w także nowym wielkim domu strzeleckim z kuchnią. Niestety zabawę zepsuł wypadek. Przy oddawaniu strzału pękło działo, a jego odłamek ranił przechodzącego nieopodal krawca. Piętnaście lat później, podczas strzelania z dział i rzucania fajerwerków, pękł moździerz, raniąc starego puszkarza (artylerzystę) w głowę i palce, którymi osłaniał twarz przed promieniami słońca. Jak się okazuje, fajerwerki nie tylko wystrzeliwano, ale i rzucano – i to nie tylko w nocy, ale również w dzień. Mniej szczęścia przy „hucznym” (dosłownie i w przenośni) świętowaniu zawodów miał w 1782 r. pewien chłopiec, który zraniony wybuchem małej petardy wkrótce zmarł.

Ofiarami wypadków stawali się również doświadczeni członkowie bractwa z Wyspy. W 1831 r. podczas „królewskiego strzelania” trafiony został z działa zasłużony członek wrocławskiej gildii strzeleckiej, starszy bractwa Reiß. Mimo natychmiast podjętej akcji ratunkowej, po sześciu dniach zmarł. Nie obyło się i bez „wpadek” podczas ważnych oficjalnych uroczystości, w których uczestniczyli członkowie Bractwa z Wyspy. Podczas pogrzebu zasłużonego dla Wrocławia nadburmistrza Friedricha Augusta Carla von Kospotha (zm. 1832) członkowie bractwa oddali honorowy salut 20 wystrzałów z artylerii brackiej. Po jednym ze strzałów obsługującemu działko lakiernikowi Sternbergowi zapalił się proch z ładunku i doszło do eksplozji, która zdruzgotała mu lewe ramię.

Nieszczęśliwe wypadki związane z użyciem artylerii zdarzały się regularnie, nie tylko członkom bractw strzeleckich. Dobrym zwyczajem było, że ludwisarz, który wykonał nowe działo, osobiście dokonywał pierwszych prób jego odpalenia – niejako własnym zdrowiem i życiem ręcząc za jakość jego wykonania. We Wrocławiu zwyczajowo odbywało się to na Wygonie Świdnickim. Jak można się domyślić, nie wszystkie próby przebiegły pomyślnie, zbierając w XVI–XVIII w. krwawe żniwo nie tylko wśród producentów dział, ale i przypadkowych obserwatorów.

Na ogół jednak nieostrożne obchodzenie się z bronią palną nie powodowało większych strat dla ogółu społeczności wrocławskiej. Przykłady z innych miast śląskich pokazują, że jego skutki mogły być znacznie poważniejsze. Wystrzał oddany na wiwat przez świdnickiego wójta doprowadził do spalenia w 1532 r. niedawno ukończonej fary miejskiej. W Brzegu w 1564 r. próba trafienia gołębia skończyła się pożarem domu białoskórnika, a 20 lat później jeden z wystrzałów z działa doprowadził do podpalenia klasztoru benedyktynek i pożogi 40 domów w Legnicy.

Na szczęście nie wszystkie nieprzewidziane wydarzenia kończyły się dla wrocławskich strzelców z Wyspy tragicznie. Gdy w 1766 r. zorganizowano uroczyste jubileuszowe strzelanie z okazji dwustulecia istnienia bractwa, znów było radośnie, kolorowo i hucznie. Po pokazie fajerwerków postanowiono zapalić umieszczone na słupie z ptakiem-celem ogniste koło. Niestety zwiódł lont, który nie chciał odpalić. Niezrażony tym faktem burmistrz chwycił za sztucer i jednym celnym wystrzałem zapalił ognistą dekorację. A potem znowu był bal…

dr Robert Heś, kierownik Działu Dokumentów w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
20 października 2021

■ Zapraszamy do lektury innych tekstów z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print