Pożegnanie z Willmannem

1 czerwca 2021

I tak zakończyła się muzealna przygoda z Willmannem. Ostatnie obrazy prezentowane na wystawach „Willmann. Opus magnum” i „Willmann encore. Męczeństwa Apostołów” umieszczone zostały w warszawskich kościołach – trafiły tam, skąd je zabraliśmy. Do Wrocławia powróciły z kolei te jego dzieła z wystawy „Willmann. Opus minor”, które znajdują się na stałe w kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Z nie małym wzruszeniem patrzyłem na dokumentację tych ostatnich prac. Trwało to wszystko blisko półtora roku i było efektem wielkiej pracy ogromnego zespołu ludzi. Na to willmannowskie „misterium” złożył się trud, poświęcenie, otwartość, życzliwość i hojność tak wielu, że nie sposób Ich tutaj ponownie wymienić. Niech Ci wszyscy czują się zatem współautorami tego, co uczyniło ten trudny czas, jaki mamy za sobą – ten rok pandemii, tak wielu strat i rozstań – łagodniejszym, bardziej uduchowionym, dostarczającym niezbędnej nam do życia nadziei i wiary. Sztuka, a zwłaszcza ta, którą tworzył Willmann, ma bowiem nie tylko walor estetyczny, artystyczny, historyczny, także… terapeutyczny. Bo to wyróżnia sztukę stojącą na najwyższym poziomie.

To była wystawa „naj” – największa, najtrudniejsza, najdłużej trwająca, najbardziej obfita w wydarzenia towarzyszące, a wreszcie także… najboleśniejsza.

W trakcie organizacji tych wystaw willmannowskich pozyskaliśmy kolejne, jakże cenne doświadczenia. Udało się przeprowadzić niezwykle skomplikowaną procedurę dyslokacji ogromnych płócien Willmanna. Wśród blisko 100 dzieł zaprezentowanych na wrocławskiej wystawie „Willmann. Opus magnum” szczególną wartość miały te, które w przeszłości były chlubą kościoła cysterskiego w Lubiążu. Te monumentalne obrazy składające się na cykl „Męczeństw apostołów” sprowadzone zostały z licznych kościołów warszawskich, do których trafiły w 1952 roku.

Kilkadziesiąt tysięcy ludzi miało sposobność – we Wrocławiu i w Warszawie – zobaczyć ponownie scalony ten jakże wstrząsający w swym przesłaniu cykl malarski. Nigdy wcześniej Muzeum Narodowe we Wrocławiu nie realizowało tak skomplikowanego i trudnego przedsięwzięcia. Dał o sobie znać profesjonalizm wrocławskich producentów wystaw, scenografek i ekipy montażystów.

Miesiące trwania wystaw wypełnione były niezliczoną ilością wydarzeń towarzyszących. Bardzo bowiem nam zależało na tym, aby Willmann „wybrzmiał” na wszystkich możliwych obszarach, aby został zaprezentowany i zapamiętany w szczególny sposób. Aby do głosu doszła „nowoczesność”, polifoniczność i różnorodność tych prezentacji. Aby to wszystko sprawiło, iż chociaż pokazujemy sztukę dawną, to mamy pełną świadomość, że jej odbiorcą jest człowiek XXI wieku. Ten wyrobiony artystyczne, ale także i laik, ten znający ją dobrze, ale także i dzieci, i młodzież rozpoczynająca swoją przygodę ze sztuką.

Najboleśniejsza… – bo była dla mnie osobiście także symbolicznym „tłem” pożegnania dwóch wybitnych badaczy śląskiego baroku. To nie miało prawa się wydarzyć, że Tych, którzy rozkochani byli w sztuce owej niezwykłej epoki, jakim jest barok, tkwiących w permanentnej fascynacji dla tego fragmentu świata, którymi są Śląsk i Wrocław, już nie ma wśród nas. Odszedł ks. dr Mirosław Nowak, współkurator wystawy „Willmann. Opus minor”, człowiek, bez którego nie udałoby się także zorganizować pozostałych dwóch wystaw willmannowskich we Wrocławiu i w Warszawie. To On wspierał nas, dodawał otuchy, gdy brakowało już sił albo gdy byliśmy blisko, aby się poddać – w swym zawierzeniu dla bł. Czesława podnosił nas na duchu. I tak przepięknie mówił o tym, co widzi w obrazach Willmanna, jaką katechezę te dzieła z sobą niosą, jak upodobał sobie odprawianie mszy na początku każdego roku przed „Męczeństwem św. Szczepana” w kościele Wszystkich Świętych na warszawskim Grzybowie.

Gdy ostatnie obrazy Willmanna wracały z Muzeum Archidiecezjalnego w Warszawie do Wrocławia, dotarła do mnie bolesna wiadomość o przedwczesnej, jakże przedwczesnej śmierci dr. Arkadiusza Wojtyły. Przez lata obserwowałem jego akademicką karierę, podziwiałem subtelność i wrażliwość Jego myśli i słowa, uznanie budziło Jego podejście do obowiązków zawodowych, wielkie wrażenie robiło to, iż potrafił znaleźć czas dla każdego, był jakże lubiany przez studentów i akademików. Zdążyłem Go jeszcze poprosić (na co się z radością zgodził), aby zaszczycił nas swoją obecnością w redakcji „Roczników Sztuki Śląskiej”, nie dane mi już było pogratulować książki, nad którą ostatnio pracował. W niej też miał się znaleźć Willmann, autor znakomitych realizacji freskowych.

Będzie nam tych dwóch wybitnych naukowców, tych wspaniałych ludzi bardzo, bardzo brakowało. Z czasem to będziemy sobie uświadamiać coraz mocniej.

Na zakończenie muszę zwrócić się do Tych, którym w szczególny sposób zawdzięczamy tę niezwykłą sposobność, jaką była możliwość obcowania przez tak długi czas w przestrzeniach muzealnych z wybitnymi kreacjami malarskim Michaela Willmanna.

Do moich Przyjaciół z Warszawy! Apeluję do Was, do Waszej ogromnej mądrości i wrażliwości, do tego – a w to nie wątpię – co czujecie i na co tylko Was, tylko Was jest stać. Wszak jestem jednym z Was (mój adres zameldowania pozostaje bowiem w dalszym ciągu warszawski) i poczytuję to sobie za zaszczyt. Dlatego też staram się być w swych opiniach skrajnie szczery, uczciwy i prawdziwy. Bo kocham i podziwiam Warszawę miłością szczególną, miłością mego niezwykłego wspomnienia lat minionych. I dlatego Was proszę – zakończmy to, co wydarzyło się blisko 80 lat temu. Wszak nie możemy budować swojej przyszłości w wiecznym rozpamiętywaniu tej barbarzyńskiej tragedii, którą ostatnia wojna uczyniła mojej ukochanej stolicy! Nie można zadośćuczynić jakże bolesnym krzywdom czyniąc nowe! A te nowe – to jakże trudny do zrozumienia brak Willmanna w jego miejscu życia, w Lubiążu, w tym cysterskim kościele i klasztorze, dla którego tworzył przez blisko 50 lat, gdzie spoczywa. Teraz, kiedy obrazy Willmanna są ponownie w kościołach warszawskich – proszę Was, abyście zdobyli się na ten niezwykły gest i rozważyli ich powrót na Śląsk. Tym sposobem dacie wyraz swej dojrzałości, mądrości i dobroci. Uratowaliście je, daliście im schronienie w czasach, w których śląskie dzieła sztuki były niszczone i poniewierane. Teraz nadszedł czas, aby kolejny już raz potwierdzić swoją wielkość. Wiem, że stać Was na to! I tylko dlatego ośmielam się o to prosić.

Bo muszę zapewnić, że my nie zaprzestaniemy w dążeniu do tego, aby stworzyć godne miejsca pamięci Willmanna w Lubiążu. Nie zarzucimy pomysłu organizacji w tym niezwykłym cysterskim kościele i klasztorze muzeum, które będzie dawało świadectwo potęgi śląskiego baroku! Wystawy willmannowskie, które właśnie definitywnie się zakończyły, były tylko etapem, swoistym „przystankiem” tych dążeń, tej powinności, tych… marzeń.

Piotr Oszczanowski, kurator wystawy „Willmann. Opus magnum”

 

print