Pejzaż z powołaniem Mateusza

Obraz, który można by zatytułować Zachód słońca nad prowincjonalnym miasteczkiem. Dziwny pejzaż zabarwiony łuną niewidocznego już, zapewne chowającego się za horyzont wielkiego słońca. Znamy dobrze to niezwykłe doświadczenie, kiedy w takich warunkach wszystko staje się inne, odrealnione, przebarwione czerwienią.

Zapewne mistrz Michael – nieraz wzruszał się zachodami słońca oglądanymi z jednego z trzech zachodnich okien w pracowni na piętrze lubiąskiego domu lub może z pola nadodrzańskiej winnicy, gdzie doglądał posadzone tam krzewy.
Pejzaż łączy swojskość śląskich widoków tak częstych w różnych kompozycjach malarza, rodzimych drzew, na których przysiadły ruchliwe jaskółki, starych, zaniedbanych ruder z dziurawymi dachami i malowniczych niewielkich kamieniczek z pulpitowymi lub dwuspadowymi dachami i wysokimi kominami, przypominających zabudowania włoskich miasteczek. Kołują nad nimi białe bociany, których gniazdo widać na szczycie jednego z kominów. Wszystko to zatopione w blasku zachodzącego słońca – odcieniach brązu, oranżu, żółci i pokrytej żółtym laserunkiem bieli.

Kolor i światło – fascynacja artystów baroku są tu najważniejsze. One sprawiają, że bezwiednie ulegamy zaklęciu sztuki, wpatrując się w obraz jak w płomień i żar ogniska. Tu jednak można pójść dalej i dostrzec szczegóły, które mogą coś opowiedzieć. Pomoże znajomość tytułu dzieła – klucza do rozpoznania postaci i sytuacji. Czyżby więc jeszcze czekała widza porcja narracji i pouczenia? A jednak, tak być powinno w malowidle przeznaczonym dla mnichów klasztoru lubiąskiego.
Cystersi mieli odnaleźć tu ewangeliczną opowieść o powołaniu apostoła Mateusza (Mt 9, 9). Co więc widzimy? Wijącą się wśród domów uliczką biblijnego Kafarnaum podąża Jezus w towarzystwie trzech mężczyzn – pewnie już powołanych uczniów, a przed nimi niewyraźna, bo w cieniu, kłaniająca się z kapeluszem w dłoni postać stojąca pod daszkiem przy ścianie wysokiego budynku. Być może masywny mur po lewej to brama, a przestrzeń pod daszkiem to zapewne miejsce pobierania cła – kantor celnika Lewiego (Mateusza).

On sam nie jest zaskoczony wezwaniem Chrystusa, jak na sławnym obrazie Caravaggia w rzymskim kościele San Luigi dei Francesi. Jego pokłon oznacza posłuszeństwo Jezusowi; nawrócony celnik chce pozdrowić Mistrza i podążyć za Nim.
Sytuacja wydaje się być zwyczajną – drogą spacerują przechodnie, niektórzy gawędzą przed budynkiem, a u dołu kompozycji, w skalnej dolince szumi płynący spokojnie potok. Coś jednak jeszcze może zwrócić uwagę obserwatora – tajemniczy połyskujący sarkofag obrośnięty bluszczem, zwieńczony wazą. Stoi wprawdzie na uboczu drogi, ale blisko głównych bohaterów sceny. Rzeźbiony monument przypomina antyczne grobowce tak bardzo podziwiane przez artystów od czasów renesansu. Ten malowniczy symbol przemijania i śmierci stoi na linii ciągu oświetlonych kamienic i zniszczonej chaty, tworząc metaforę doczesnej ludzkiej egzystencji.

Tu może również przywoływać wspomnienie słów Jezusa, potępiającego obłudę i dwulicowość faryzeuszy i uczonych w prawie porównanych do grobów pobielanych. (Łk 13, 27–31) Czyżby więc Willmann chciał podkreślić postawę „jawnogrzesznego”, ale nawróconego Mateusza, konfrontując ją z symbolem gorszących się takim powołaniem „sprawiedliwych”? I tak może być w wyobrażeniu autora obrazu „…pełnego pomysłów i ogromnie oczytanego w prozie i poezji”, jak o Willmanie pisał Joachim Sandrart w łacińskiej wersji Teutsche Academie z 1683 roku.

Niewielkie malowidło spełnia więc swoją rolę – pociąga pięknem nastrojowego krajobrazu i poucza o zaskakujących bożych wyborach, ujętych w ewangelicznej opowieści o powołaniu św. Mateusza – celnika, apostoła i ewangelisty.

Grzegorz Wojturski, kierownik Działu Oświatowego MNWr

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸

 

print