Intrygujące! „Ocalona Madonna”

Piotr Oszczanowski

Zapraszamy Państwa do lektury tekstu, który rozpoczyna cykl „Intrygujące!”. Wspólną ideą comiesięcznych wpisów będzie przybliżenie specyfiki pracy w muzeum. W rubryce tej będziemy dzielić się ciekawymi historiami, będącymi efektem naszych poczynań, które opowiadają o codziennej pracy – jakże fascynującej, gdzie natknąć się można na niezwykłe niespodzianki, odkrycia czy wręcz sensacje. Pojawią się tu historie związane z badaniami naukowymi i poczynaniami konserwatorskimi, kwerendami archiwalnymi czy bibliotecznymi, a także poszukiwaniami terenowymi.
Znajdą tu też Państwo opowieści, którymi żyje muzeum, które są pochodną naszych pasji i kompetencji, które nas urzekły i wielokrotnie nam samym sprawiły radość. Niektóre z nich będą miały także za zadanie anonsować nasze kolejne wystawy, być ich przysłowiowym zwiastunem. Często bowiem w trakcie takiej pracy – zarówno kustosza, konserwatora, bibliotekarza czy archiwisty – natrafiamy na rzeczy, którymi chcemy się z Państwem podzielić.

 

Ocalona Madonna

Wrocław podczas ostatniej wojny i w krótkim czasie, który po niej bezpośrednio nastał, utracił przeszło 100 tys. artefaktów. Niektóre z nich wydawałoby się bezpowrotnie. Niniejsza historia jest opowieścią o tym, że nawet te zabytki, które uznaliśmy za zniszczone – jednak przetrwały. Bo dzieła sztuki nie tak łatwo giną. Są cenne, znajdują amatorów – nawet wśród barbarzyńców cieszą się uznaniem. Przede wszystkim ze względu na swoją wartość materialną. Bo ta, chociaż dla nas historyków sztuki niezbyt istotna, potrafi je ocalić.

Kolumna maryjna

Ta historia jest optymistyczna. I nigdy by nie została napisana, gdyby nie to, iż jedną z największych przygód, jakie dostarcza praca w muzeum, a zwłaszcza ten czas, który poświęcamy przygotowaniu wystaw, są kwerendy terenowe. Te wyprawy do dzieł sztuki, poszukiwanie, inwentaryzowanie i wynajdowanie eksponatów na przygotowywaną prezentację. Swoisty crème de la crème tego, co składa się już dzisiaj na nasze rutynowe poczynania wystawiennicze w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Przyjemność, której nieraz towarzyszy ogromna satysfakcja. Ale od początku…

Kolumna maryjna
← Kolumna maryjna z figurą Immaculaty, 1912 (fot. archiwum autora); powyżej: montaż kolumny po konserwacji (10.12.2009; fot. autor); po prawej: figura kopii Immacuaty z 2010 (fot. A. Podstawka)

Bezdyskusyjnym dowodem na to, jak ostatnimi czasy zmienia się Wrocław, jak przywraca mu się jego dawny wygląd i ważne dla jego bogatej historii dzieła sztuki w przestrzeni publicznej, może być piaskowcowa figura Marii, która w grudniu 2010 r. ustawiona została na oryginalnej kolumnie przed dawnym kościołem klasztornym oo. Premonstratensów (ob. grekokatolicką katedrą pw. św. Wincentego) przy pl. Biskupa Nankiera.

Rzeźba ta – jak donosiły media – „to rekonstrukcja, bo oryginał znikł przed rokiem 1945 i nikt nie wie, co się z nim stało […]. Nikt nie wie, kiedy i w jakich okolicznościach z kolumny znikła rzeźba Maryi. Znamy jedno zdjęcie z 1912 r., na którym figura jeszcze stoi, i drugie, późniejsze, z pustym już cokołem. Nie wiadomo, kiedy dokładnie zostało zrobione, ale ani na kościele, ani na sąsiednich budynkach nie widać śladów wojny. Być może figura została zdjęta i ukryta przed bombardowaniami, a może po prostu spadła z cokołu i rozbiła się”. Zatem dzisiaj dane nam jest obcować z „rekonstrukcją”, którą to – i o tym możemy także przeczytać w prasie – „w związku z brakiem materiałów ikonograficznych […] wymodelowano zgodnie z utrwalonym w tradycji typem ikonograficznym, w duchu i stylistyce śląskiej rzeźby barokowej w sposób harmonizujący z oryginalnie zachowanym trzonem i cokołem. Za wzór do wykonania figury Madonny posłużyły jako materiał porównawczy zachowane kolumny maryjne przy kościele pw. śś. Erazma i Pankracego w Jeleniej Górze i na terenie kompleksu klasztornego w Lubiążu”. Krótko – nie mając żadnych precyzyjnych zdjęć tej figury, wyrzeźbiono jej „kopię” w oparciu o analogie. I to daje ewidentnie o sobie znać. Dzisiaj to dzieło ma za zadanie przypominać tę figurę, która wieńczyła ufundowaną w 1690 r. dla ozdoby południowego placu przed kościołem oo. premonstratensów przez opata Gottfrieda Czeleschowsky’ego (1687–1692) piaskowcową kolumnę maryjną. On to zamówił ją u kamieniarza Josepha Getzingera i zapłacił za nią 400 śląskich talarów. Dodatkowo twórca kolumny stał się właścicielem stosownego ekwiwalentu finansowego w postaci nie małej ilości piwa oraz zboża. Sama kolumna ustawiona została pod nadzorem architekta Johanna Georga Knolla – już za czasów opata Karla Kellera (1697–1710) – w 1699 r., a ostatecznie jej rozliczenie finansowe nastąpiło 9 stycznia 1700 r. Wiadomo także, iż w styczniu 1699 r. kamieniarz Philipp Winkler otrzymał 30 talarów i w tym to roku kolumnę już zdobiła wieńcząca ją piaskowcowa rzeźba – Marii Immaculaty. Czy ów Winckler był sprawcą tej figury? Tego ostatecznie nie wiemy. Niektórzy jednak przypisują mu autorstwo nieistniejących już dzisiaj rzeźb św. Wincentego i św. Norberta, które od 1699 r. zdobiły portal wejścia na teren przyklasztorny oo. premonstratensów od strony Bramy Piaskowej. Rzeźbiarzem zatem prawdopodobnie był.

Więc chociaż mogłoby nam się wydawać, iż okoliczności wystawienia tego cennego pomnika maryjnego obfitują w fakty – to doprawdy nazwisko autora samej figury Marii pozostać musi w dalszym ciągu zagadką.

Zdumiewa fakt, że to ciekawe dzieło sztuki nie znalazło uznania w oczach przedwojennych fotografów. Rzeczywiście nie ma ono zbyt bogatej dokumentacji ikonograficznej. Być może dlatego bezcennym jest jej zdjęcie zamieszczone w katolickiej prasie wrocławskiej z lat 30. XX w., które nie zostało wykorzystane podczas prac nad wykonaniem kopii Immaculaty. Na nim dostrzec można wyraźnie, jak bardzo różni się oryginał od współczesnego nam „duplikatu”. Inna fizjonomia twarzy Marii, inny układ szat, nieco inny balans ciała, całkowicie inne wzajemne ustawienie figury kobiecej i deptanego przez nią smoka, po prostu – nasze pobożne (bo tego odmówić się nie da) wyobrażenie o barokowej rzeźbie.


Od lewej: figura Immaculaty, stan w l. 30. XX w. (fot. archiwum autora); obok: porównanie kopii i oryginału figury Immaculaty (fot. nr 2 A. Podstawka); po prawej: oryginalna figura Immaculaty z wrocławskiej kolumny maryjnej ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie (nr inw. Rz.D. 115 MNW; fot. Muzeum Narodowe w Warszawie)

I tu powracamy do naszych muzealnych kwerend terenowych. W 2018 r. bardzo intensywnie pracujemy nad wystawą „Wyrzeźbiony Wrocław”, która zaprezentowana zostanie w Muzeum Narodowym we Wrocławiu w 2019 r. Wyjazd do Warszawy, cel – dokumentacja fotograficzna XX-wiecznych rzeźb, które wypożyczymy z tutejszego Muzeum Narodowego. Odwiedzamy wszystkie magazyny, w których są one przechowywane. W ten sposób docieramy oczywiście także do Królikarni. Ale najpierw, zatrzymujemy się przed niepozornym domkiem usytuowanym w okalającym Królikarnię parku na mokotowskiej skarpie wiślanej. To w nim znajduje się interesujące nas dzieło Roberta Bednorza. Zanim dane nam będzie je zobaczyć, wzrok pada na stojącą na trawniku barokową figurę. Jakby znajomą, gdzieś ją już widziałem. Skąd to odczucie déjà vu? Odpowiedź, która do mnie dociera wraz z kartą muzealną tegoż zabytku jest krótka – to „św. Małgorzata” (wszak towarzyszy jej smok – atrybut tej świętej), dzieło czołowego rzeźbiarza czeskiego baroku Matthiasa Bernharda Brauna (1684–1738), które powstało w latach 1710–1738. Na wspomnianej karcie pojawia się także informacja, iż ta urokliwa podobizna modlącej się niewiasty, która depcze smoka (a zatem jak najbardziej także kanoniczne przedstawienie – chociaż częściej był to wąż, który jednak także oznaczał pokonanie szatana i grzechu – niepokalanie poczętej Marii, Immaculaty!) przekazana została do zbiorów warszawskich w 1946 r. przez Prezydium Rady Ministrów i – co też można na owej karcie przeczytać – została „przywieziona z Wrocławia”. Czy trzeba pisać więcej? To ona – powstała pod sam koniec XVII w. figura z kolumny przed kościołem św. Wincentego. Uratowana, przetrwała – jest!
Oto historia biorąca swój początek w nieznanej fotografii i znajdująca zakończenie po 72. latach w szczęśliwym odnalezieniu. A że daleko – to już inna sprawa.

Madonna ocalona, kolejna bardzo bliska mi Madonna. Doprawdy, wypada zatem tylko powtórzyć dzisiaj już mało odkrywcze stwierdzenie: „dzieła sztuki nie tak łatwo giną!”. Szybciej zawodzi nas wiedza oraz pamięć, dające z kolei miejsce i pierwszeństwo temu dojmującemu przekonaniu, że utraciliśmy coś bezpowrotnie.

Piotr Oszczanowski

print