Intrygujące!
„Władcy na emigracji”

Marek Pierzchała

Jako nastolatkowi, który zaczynał interesować się sztuką, a i później, już jako studentowi tego kierunku na Uniwersytecie Wrocławskim, imponowały mi niesłychanie towarzyszące omówieniom obrazów uwagi o ich historii. O ich losach jako przedmiotów.

Zastanawiałem się, jak to jest w ogóle możliwe, by docierać do tego typu danych. To przecież zupełnie coś innego niż analiza formy, zmierzająca do uchwycenia artyzmu czy stylu dzieła, coś innego niż zrozumienie jego miejsca w wielkiej historii sztuki albo dostrzeganie źródeł inspiracji, które złożyły się na wizję artysty. To coś zupełnie innego niż identyfikowanie tematu, odczytywanie treści przekazu zaprogramowanego przez twórcę, fundatora czy nawet środowisko albo epokę. Tego przecież, patrząc na obraz, nie zobaczymy w żaden sposób.

To rzeczywiście trudniejsze. Wielkie dzieła nigdy nie znikały z ludzkich oczu i kart historii. Wiadomo, jakie były losy Ołtarza Gandawskiego van Eycka, Sądu Ostatecznego Memlinga albo Bitwy pod Grunwaldem Matejki, ale cała ta reszta?
Całej tej reszty dotyczy żmudna praca typu detektywistycznego. Mamy „dowód zbrodni” w postaci dzieła należącego do muzealnej galerii albo przechowywanego w magazynie i trzeba wytropić, czy nie pozostał w historii jakiś jego ślad, czy nie został przyłapany przez kogoś gdzieś wcześniej.

Mamy wyjątkowe szczęście, gdy trafiamy na archiwalne fotografie dzieła (na odwrocie może być informacja o właścicielu), fotografię wnętrza, na której dzieło jest widoczne, rysunek, na którym utrwalono tę właśnie kamienną rzeźbę jeszcze na fasadzie kamienicy. To mógł być tekst w katalogu wystawy albo recenzja krytyka sztuki, inwentarz muzealnej lub prywatnej kolekcji, dawna inwentaryzacja kościoła, ratusza czy miejskiego budynku szpitalnego, publikacja dociekliwego historyka, omawiającego dzieje i ciekawostki swego miasta, pochodzące sprzed stuleci materiały z kościelnych wizytacji, wzmianka w opracowaniu genealogicznym lub regionalnym. Bezcenne mogą być inwentaryzacje związane z testamentami albo listy wojennych zabezpieczeń i ewakuacji zbiorów muzealnych czy prywatnych. W przypadku obrazów zwykle dają one szansę, by zyskać pewność, że zdawkowy zapis dotyczy tego właśnie, a nie innego dzieła. W wypadku grafiki albo rzemiosła artystycznego bywa trudniej, gdy dowiadujemy się tylko o liczbie czy to tek z rycinami, czy skrzyń z porcelaną lub wyrobami cynowymi.

Źródłem bezcennych informacji są tu jednak przede wszystkim dokładne oględziny samego przedmiotu, tyle że zwykle od tej drugiej, mniej podziwianej strony. Możemy się tam spodziewać cennych poszlak – znaków własnościowych w postaci pieczęci, nalepek, tzw. trwałych oznaczeń. To materiał, który wskazuje tropy i rozstrzyga wątpliwości, ale jego interpretacja to dziedzina wiedzy dość hermetyczna. Nie ma chyba nikogo, kto mógłby poruszać się w niej z pełną swobodą. Zwykle znamy tylko jakiś jej wycinek. Bezcenne bywają sytuacje, gdy w toku badań dochodzi do spotkań i nagle przedmiot zostaje oświetlony jednocześnie z dwóch kierunków, a jego historia nabiera niespodziewanie plastyczności.

*
Dobrze ponad trzydzieści lat minęło od czasu, gdy ze sporym wysiłkiem i samozaparciem zajmowałem się próbą odtworzenia wyposażenia pałacu w Bożkowie na terenie Kotliny Kłodzkiej, dawnej rezydencji arystokratycznej rodziny Magnisów. W czasie wojny funkcjonowało tam jedno z miejsc ukrycia, dokąd z głębi Niemiec ewakuowano przed nalotami zbiory o charakterze artystycznym i historycznym.

Po wojnie zostało ono najpierw spenetrowane przez radzieckie służby wojskowe zbierające tego typu trofea, ale bardzo wcześnie znalazło się pod odpowiedzialną opieką Jerzego Derynga, który sporządził inwentarz pozostałego majątku z myślą o przyszłym muzeum. Wkrótce ta placówka muzealna in spe została odkryta przez obywatela Stefana Styczyńskiego, delegata polskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki prowadzącego akcję zabezpieczania i przejmowania mienia artystycznego na Dolnym Śląsku. Bożków zrobił na nim spore wrażenie i przejął go – jako gotową do działania składnicę. Po kilku latach funkcjonowania placówkę przeniesiono do nieodległego Żelazna, a następnie jej pozostałości przekazano do Centralnej Składnicy Muzealnej w Kozłówce na Lubelszczyźnie. Dokumentacja składnicy w Bożkowie częściowo przetrwała w archiwach oraz w naszym muzeum jako fragmentaryczna lista wyposażenia pałacu i różne dokumenty dotyczące przekazywania do niej i z niej najróżniejszych przedmiotów, co stanowi cenny materiał o nie tak odległej, a przecież trudnej do uchwycenia historii. Od wyposażenia pałacu dotarłem tą drogą do cząstki wiedzy o powojennych losach dzieł sztuki na Śląsku.

W 1986 roku po raz kolejny z Kozłówki przyjechało do Muzeum Narodowego we Wrocławiu kilkadziesiąt przedmiotów o śląskiej proweniencji. Początkowo był to depozyt, ale w 1992 nastąpiło ich formalne przekazanie i wpisanie do muzealnego inwentarza. Wśród tych zabytków znalazło się pięć niezwykłych obrazów – całopostaciowe imaginowane wizerunki legendarnych władców czeskich. Z moich rekonstrukcji wynikało, że należały do historycznego wyposażenia pałacu w Bożkowie, jeszcze zanim zaczął on pełnić rolę składnicy. Warto było się zainteresować ich historią, bo do Kozłówki wcale nie przyjechały wprost z Bożkowa. Z pałacu obrazy powędrowały po 1951 r. do Muzeum Historycznego w Warszawie, które wówczas kreowano na centralne muzeum historyczne i zwożono wszystko, co pozwalałoby tę wielką historię opowiedzieć. Koncepcja upadła, muzeum skupiło się na historii Warszawy, a różne eksponaty, które okazały się teraz nieprzydatne, znów ruszyły w Polskę. W ten właśnie sposób, a więc drogą nieco okrężną, czescy „panownicy” i tak trafili do Kozłówki.

*
Dalej należałoby się zainteresować, jak owi władcy zawędrowali na Ziemię Kłodzką. W trudnych poszukiwaniach przyszedł niespodziewanie z pomocą przypadek. Właściwie nie przyszedł, ale przyjechał. Lata 80. XX w. nie sprzyjały naukowym podróżom, nawet – a może zwłaszcza – między bratnimi krajami bloku socjalistycznego – polska solidarnościowa epidemia mogłaby przecież przedostać się na wolne od zarazy tereny. Pokonując jakoś te sanitarne kordony, przyjechał do nas, z zamiarem odbycia podróży studyjnych tropem barokowych fresków, praski profesor historii sztuki Pavel Preiss. Był to człowiek o ustalonej naukowej renomie, a przy tym niesłychanie sympatyczny i bezpośredni. Zaproszony na herbatę zasiadł z nami przy stole i potoczyła się rozmowa polska-czeska (gość uważał, że nasze języki nie różnią się od siebie na tyle, byśmy mieli przechodzić na niemiecki czy angielski). Oczywiście potem były wizyty na galeriach stałych, a następnie zaproszenie do magazynu. W zanadrzu miałem jako niespodziankę dla czeskiego uczonego spotkanie z piątką praskich władców. Większą niespodziankę miał dla mnie profesor, bo ujrzawszy obrazy, złożył ręce i zaskoczony oznajmił: „Przecież ja o nich pisałem!”.

Teraz już sprawa była prosta. Należało tylko przeczytać obszerny i szczegółowy artykuł opublikowany w 1957 r. w czasopiśmie „Zprávy památkove péče”. Rezultat – prawie cała historia obrazów rozwikłana. Cykl wizerunków czeskich władców powstawał od 1580 r. dla arystokratycznej siedziby na zamku Jindřichův Hradec zamówiony przez Adama z Hradca (1546–1596). Do roku 1591 portretów było już co najmniej 23; przez następne cztery lata przybyło dziewięć obrazów, a do roku 1604 całość została już właściwie zrealizowana jako zespół składający się z 57 wizerunków – od postaci legendarnych protoplastów (Czech, Krok, Libusza) i pierwszych książąt z dynastii Przemyślidów (Przemysław Oracz, Nazamysł, Mnata), aż po współczesnych cesarzy z dynastii habsburskiej. Ze źródeł wiadomo, że poczet był dziełem co najmniej czterech praskich malarzy, ale nie wiemy, który z nich jakie obrazy malował.

Wiemy za to dość dokładnie, co się potem z obrazami działo. Cykl odziedziczyła córka fundatora Lucja Otylia, wnosząc go w posagu Wilhelmowi Slavacie z Chlumu. W latach 50. XVII w. dodano na obrazach identyfikujące napisy według wskazówek historyka Bohuslava Balbina. W 1691 cykl, uzupełniony już o nowszych władców, liczył równo sześćdziesiąt malowideł. Kiedy dwa lata później został podzielony na pięć części, każda z córek ostatniego ze Slavatów – Franza Leopolda Wilhelma – otrzymała po 12 obrazów. Niektórzy ze spadkobierców podjęli wysiłki, by własne części uzupełnić o brakujące obrazy, zlecając wykonanie kopii. Obrazy z Bożkowa to oryginały należące do drugiej szóstki z pierwszej części cyklu (dwunasty z kolei w cyklu Portret Spitygniewa, drugiego historycznego, a nie legendarnego władcy panującego w latach 894–915, zaginął). Pierwsze sześć obrazów szczęśliwie zachowało się również, tyle że w południowych Czechach na zamku Bechyně, za to dwanaście ostatnich – w nieodległych od Bożkowa Častolovicach, po drugiej stronie granicy. Naszą wówczas szóstkę malowideł przywiozła na Kłodzczyznę Therezia Franciska Maria z d. Lichtenstein-Castelcorn, żona hrabiego Johanna Ernsta Götzena, który miał tu na przełomie XVII/XVIII w. liczne dobra ziemskie w okolicach Wambierzyc. Gdy zmarł w 1780 r. ostatni z Götzenów, ich dobra przypadły w większości Magnisom, skoligaconej z nimi czeskiej rodzinie szlacheckiej, stając się ostoją śląskiej gałęzi rodu. Bożków pozostał ich siedzibą do roku 1945.

*
W dziejach cyklu wizerunków czeskich władców trafiamy na kilka wątków, które mogą umknąć uwadze, gdy zaczynamy skupiać się na jednostkowej historii. Warto jednak odnotować okoliczność, gdy pojedyncze z natury swej dzieło sztuki takie jak obraz ulega multiplikacji – bywa tak, że każdy ze spadkobierców chce mieć wizerunek rodzica czy dziada, więc nie jest wcale takie niezwykłe, że w efekcie rodzinnych koligacji dwa niemal identyczne portrety Johanna Georga Götzena (1626–1681) przetrwały i na Śląsku (w Bożkowie), i na Słowenii (na zamku Hmeljnik).

Nie dziwi też, choć wprawia w konsternację, że dwa, znów niemal identyczne, całopostaciowe portrety pułkownika cesarskiego Magnisa ze zbiorów śląskich (pałac w Bożkowie, MNP) i w zbiorach czeskich (rodowa siedziba Magnisów – zamek Strážnice), zgodnie z późniejszymi napisami mają przedstawiać raz Philippa Magnisa (1590 –1656), a raz jego brata Franza.

Czyż nie byłoby sprawą intrygującą wyjaśnienie, który to właściwie z nich? A może żaden?

Marek Pierzchała, Dział Malarstwa, Galeria Sztuki XVI–XIX w. w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
5 maja 2021

Zapraszamy do lektury innych tekstów z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print