Intrygujące!
„W głowie się nie mieści, ile w popiersiu dało radę…”

Daria Kordowska

Początek intrygującej historii, która niewątpliwie pozostanie w mojej pamięci, rozpoczął się w chwili, gdy do Pracowni Konserwacji Papieru Muzeum Narodowego we Wrocławiu trafiła drewniana figura rakana z XVIII wieku.

Rzeźba z Działu Sztuki Dalekiego Wschodu początkowo była przedmiotem prac dla konserwatorów specjalizujących się w malarstwie i drewnie. Oczyszczali ją z kurzu, tłustych czarnych zabrudzeń, etc. Były to czynności rutynowe, spotykane w tej profesji na co dzień, przygotowujące zabytek do stałej ekspozycji. W trakcie prac zainteresowanie wzbudziło luźne osadzenie głowy, wtórnie zaklinowanej gwoździem. Postanowiono odjąć głowę, aby opracować program prac mający na celu podniesienie walorów estetycznych zabytku. Decyzja była początkiem nie tylko tego, co zakładano, ale również przygody dla mnie jako konserwatora papieru oraz dla mojej muzealnej koleżanki, kustosz Działu Sztuki Dalekiego Wschodu, która w rezultacie otrzymała nazwijmy to metrażowo obszerny materiał badawczy.

Po oddzieleniu fragmentu rzeźby ukazała się wypełniająca całą średnicę otworu bryła kleju kostnego. Pod nieregularnymi kształtami w brązowo bursztynowych odcieniach dostrzec można było jasno słomkowe włókna papieru.

Na tym etapie pojawiły się pierwsze emocje i pytania o to, co robimy dalej? Niewątpliwie najsilniej przemawiały te pomysły, które wynikały z ciekawości. Chęć poznania tego, co znajduje się w środku, przeplatała się jednak z tym, aby pozostawić wszystko w pierwotnym stanie – plan prac nie zakładał bowiem ingerencji w głąb. Przecież zaglądanie do środka rzeźby nie jest konieczne, aby estetycznie przytwierdzić głowę do korpusu.

Aby podjąć przemyślaną decyzje – celowo używam słowa „przemyślaną”, a nie „jedyną słuszną”, bo takich w pracy konserwatora nigdy nie ma – daliśmy sobie dzień do namysłu. My, czyli konserwatorzy uczestniczący do tej pory w pracach nad obiektem, ja jako konserwator mający przeprowadzić ewentualny etap prac, oraz kustosz merytorycznie opiekująca się tym dziełem.
Decyzja była jednogłośna. Ciekawość uzasadniona celem poznawczym zarówno od strony historycznej, jak i zdobyciem kolejnego doświadczenia konserwatorskiego, doprowadziła do rozpoczęcia moich działań. Na tym etapie zastrzegłam jeden warunek, kierując się etyką zawodową, która w tym przypadku mówi o nieoddzielaniu na trwałe elementów wchodzących w pierwotny skład dzieła, że cokolwiek – nawet najbardziej cennego – odnajdę we wnętrzu rzeźby, po konserwacji i opracowaniu merytorycznym powróci na swoje miejsce.

Temat rozmnażających się zabytków jest mi bardzo dobrze znany. Pojawia się najczęściej podczas prac nad inkunabułami. Wszystkie średniowieczne oprawy bowiem, których okładziny tworzące oprawę z różnych względów nie mogły być wypełnione deskami, powstawały ze sklejonych ze sobą kart ówczesnej makulatury. Jak nietrudno sobie wyobrazić, resztki papieru w średniowiecznych warsztatach introligatorskich to przeważnie karty rękopiśmienne. Treści w nich zawarte są dla nas współcześnie niezwykle cennym źródłem informacji. Nierzadko cenniejszym nawet niż znana, ponieważ występująca w wielu egzemplarzach treść woluminów, w których skład wchodziła. Zasada, którą powinien stosować, a czasami o którą nawet powinien konserwator walczyć, jest jednak jedna – znaleziska badamy, opracowujemy digitalizujemy i grzecznie umieszczamy z powrotem w pierwotnym miejscu.

I tak też w przypadku rzeźby rakana zostało ustalone.

W tym miejscu rozpoczęła się według mnie najciekawsza część prac. Intrygująca, ciekawa, szerzej otwierająca oczy. Jedna z tych realizacji, podczas której pracownicy działu konserwacji z zaciekawieniem zaglądają sobie przez ramię, obserwując efekty, a podczas przerwy śniadaniowej dopytują o postępy działań.

Średnica szyi rzeźby wynosiła 7–9 cm. Widoczna w obrysie szyi bryła utworzona – jak się później okazało – ze zgniecionego papieru zalanego klejem kostnym, szczelnie wypełniała otwór. Tworzyła sztywny, zwarty element ściśle związany z drewnianymi krawędziami.

Moim celem było wydobycie go. Spodziewałam się jednego elementu – czy to w postaci karty, czy fragmentu większej całości – umieszczonego w celu umocowania drewnianej głowy z tułowiem. W głębi duszy liczyłam, zawsze bowiem takie myśli, marzenia towarzyszą w pracy, że będzie tam coś ciekawego, odkrywczego. Poddałam ciepłemu nawilżaniu krawędzie wypełnienia, uelastyczniając tym samym spoinę kleju. Za pomocą narzędzi chirurgicznych oddzieliłam to, co planowałam wydobyć.

Moment wyciągania poluzowanej już zawartości okazał się niełatwy i był zapowiedzią tego, co później następowało. Utrzymywany za pomocą dwóch pęset wyjmowany fragment unosił się, wyczuwalne jednak było subtelne blokowanie, jakby był z czymś powiązany. Ponawiane wielokrotnie delikatne ruchy w różnych kierunkach umożliwiły powolne wysunięcie go poza drewnianą krawędź. Zabiegom tym towarzyszył dźwięk, jaki występuje podczas rozkładania gniecionego czerpanego papieru.

Po kilku podejściach udało się wyciągnąć widoczny od pierwszych chwil fragment. Był to moment największej satysfakcji. Cel osiągnięty, zadanie bez uszczerbku na zabytkowej materii wykonane, ponadto jaki efekt! Po uniesieniu trzymanej bryły okazała się ona bardzo silnie zgniecionym rękopisem. Wyraźnie widoczne fragmenty kaligrafii wywołały uśmiech.

Kolejny – połączony ze zdziwieniem – nastąpił w chwili, gdy okazało się, że w zagłębieniu rzeźby widoczne są następne części. Prace trwały kilka dni. Wyciągałam i liczyłam. Jeden po drugim, papierowe maksymalnie zgniecione kuleczki z inskrypcjami. Ściśnięte tworzyły dokładne wypełnienie całego popiersia. Zahaczone krawędziami o siebie, szczelnie bez najmniejszych wolnych przestrzeni.

Prace ze względów technologicznych rozłożone zostały w czasie, tak aby dać możliwość napowietrzania przestrzeni, tym samym umożliwienia papierowym włóknom swoistego relaksu, prowadzącego do rozluźnienia struktury, co skutkowało łatwiejszym ich wyjmowaniem.

Po wyciągnięciu ostatniego fragmentu w dzienniczku konserwatorskim odnotowałam 43 wyjęte sztuki!
Mając na stole silnie ściśnięte papierowe rękopisy, przystąpiłam do kolejnego etapu prac – celem bowiem było nie tylko emocjonujące wydobycie wnętrzności z rzeźby, ale również pozyskanie materiału do badań. Przystąpiłam do działań na co dzień praktykowanych w pracowni. Nawilżanie, etapowe rozprostowywanie, naprężanie, suszenie w obciążeniu. Trudno byłoby szukać w tym emocji, towarzyszyły mi jednak uczucia niezwykłej przyjemności i wiara w zakładany efekt.

W trakcie prac liczba kart zwiększyła się do 54 o łącznej powierzchni 4,1 m2 (każda karta miała wymiary 23,8 × 32 cm). Kilka zwitków bowiem utworzonych było z dwóch kart.

Czy decyzja o zaglądaniu w głąb rzeźby była słuszna? Z perspektywy konserwatora uważam, że tak. Oprócz osobistej przygody jaką doświadczyłam w Pracowni Konserwacji Muzeum Narodowego i wiążącej się z tym przyjemności kustosz działu pozyskała materiał do badań. Później nastąpi kolejne wyzwanie. Karty będą umieszczane w pierwotnym miejscu…

Do czasu zakończenia prac badawczych nad rękopisami dwie z kart eksponowane będą w towarzystwie rzeźby rakana na III piętrze naszego Muzeum w ramach wystawy stałej „Cudo-Twórcy”. Z powodu obostrzeń epidemiologicznych ekspozycja ta  pozostaje tymczasem dla zwiedzających zamknięta, zaprosimy na nią Państwa jesienią.

Więcej wpisów z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print