Intrygujące!
„Rola oka opiniotwórczego, czyli o szukaniu dziury w całym”

Marzena Mironowicz

Muzeum, a przynajmniej Dział Konserwacji Sztuki, rzadko przypomina siedzibę muz, częściej natomiast – używając terminologii z dziedziny ochrony zdrowia – Izbę Przyjęć, przez którą przewijają się rzesze pacjentów potrzebujących ingerencji specjalisty.

Zapewne większość zwiedzających wystawy czasowe nie zdaje sobie sprawy, na czym polega organizacja wypożyczenia dzieł sztuki. Nic dziwnego – większość tych działań odbywa się poza wzrokiem gości. Użyczenia zbiorów to złożony proces, w którym bierze udział wiele osób z różnych działów. Od strony konserwatorskiej wymaga on określenia stanu zachowania i zaplanowania ewentualnych prac konserwatorskich, jakie należy wykonać, zanim zabytek opuści właściciela. Należy też opracować wytyczne do pakowania i transportu oraz określić warunki klimatyczne wymagane do utrzymania na ekspozycji.

Przygotowanie zabytku do wypożyczenia zatem nie ogranicza się do zdjęcia obrazu ze ściany czy rzeźby lub wytworu rzemiosła artystycznego z regału magazynowego, przetarcia szmatką i załadowania do samochodu, który powiezie je na wystawę czasową, by ubogaciły odwiedzających inne muzeum. Do czynności wykonywanych w Pracowni Konserwacji Zabytków w tych okolicznościach należy wykonanie raportu konserwatorskiego (raportu o stanie zachowania), potocznie zwanego opinią konserwatorską.

Zabytek odpowiednio przygotowany do ekspozycji, poddany niezbędnym zabiegom konserwatorskim, otrzymuje dokument, czasem w naszych kręgach nazywany „paszportem”, choć – kontynuując skojarzenia z ochroną zdrowia – ja lubię używać określenia „karta zdrowia pacjenta”. Taki „pacjent” w „stanie stabilnym” zostaje wyprawiony w podróż z nadzieją, że wróci w stanie niezmienionym. Raport konserwatorski jest zatem zarejestrowaniem stanu zachowania muzealium w dniu wypożyczenia, wykazującym, czy podczas trwania wystawy nie nastąpiły żadne uszkodzenia.

W tym momencie najbardziej potrzebnym „narzędziem” do sporządzenia wspomnianego dokumentu jest oko. A konkretnie: „oko opiniotwórcze”, bo do osoby wykonującej wspomnianą opinię należące. Co jeszcze jest ważne? Dobre światło, najlepiej dzienne, boczne, ukazujące pod kątem „powierzchnię ciała pacjenta”. Chodzi bowiem o zauważenie, możliwie jak najdokładniejsze, wszelkich uszkodzeń, ubytków i miejsc newralgicznych opiniowanego obiektu. Oko i światło, niekiedy oko uzbrojone w szkiełko, ale i latarka z mocnym punktowym światłem. A także wrażliwość opiniotwórcy i zmysł zarówno analitycznego patrzenia, jak i zdolność do syntezy, by się nie zagubić w drobiazgach.

„Kartę zdrowia pacjenta” można opracować na różne sposoby: opisowo (w formie litego tekstu lub tabeli), graficznie lub łącząc te dwie metody. W Muzeum Narodowym we Wrocławiu zwykle stosujemy wersję, która według mojego doświadczenia jest najbardziej przydatna. Na formularzu z wydrukowanymi fotografiami pełniącymi funkcję „matrycy” tworzymy „mapę” wspomnianych uszkodzeń, opisując je symbolami stanowiącymi skróty określeń różnorodnych mankamentów.

Niekiedy miejsc newralgicznych jest wiele, o różnorodnym charakterze („choroby współistniejące”), wszak „pacjent” często ma za sobą burzliwą historię. Można wówczas całą powierzchnię fotografii zapełnić oznaczeniami spękań, przetarć, wykruszeń, retuszy czy deformacji. Ale czy taki gąszcz znaków będzie czytelny? Czy osoba odbierająca obiekt, w tym właśnie momencie przejmująca opracowaną opinię – by, bacznie się przyglądając, ocenić stan rzeczy, centymetr po centymetrze – nie przerazi się ich wielością – sugerującą, iż zabytek jest w kondycji katastrofalnej, a więc o krok od zupełnej destrukcji? Dlatego w wypadkach „wielochorobowości”, aczkolwiek raczej wskazujących na niedoskonałości powierzchniowe (warstwy naskórkowej), a nie problemy zagrażające strukturze zabytku, lepiej – czytelniej, ale i w trosce o pracownika instytucji biorącej zabytek pod swoją czasową opiekę – umieścić notatkę typu: „spękania warstwy malarskiej na całej powierzchni”, „liczne retusze…”, „liczne punktowe zabrudzenia…” itp.

Bywają też przypadki odwrotne: gdy na pierwszy rzut oka (opiniotwórczego oka) uszkodzeń nie ma. Choć to „nie widać” nie koniecznie znaczy: „nie ma”. Wtedy wprowadza się tryb „szukania dziury w całym”, czyli wypatruje się tak długo (choć w granicach rozsądku, nie popadając w przesadę) i pod różnymi kątami, aż odnajdzie się defekt. Takie „znalezisko” ma pewne znaczenie psychologiczne zarówno dla opiniotwórcy, jak i muzealnika odbierającego zabytek: obaj oddychają z ulgą: pierwszy, bo znalazł (wykonał sumiennie swoją pracę i nie przeoczył!), drugi, bo po odbieranym „podopiecznym” można się spodziewać braku problemów zarówno podczas transportu, jak i w trakcie ekspozycji oraz bezpiecznego powrotu po wystawie.

Rola „oka opiniotwórczego” przy danym wypożyczeniu kończy się wraz z powrotem zabytku z wystawy. Wówczas czynności poszukiwawcze wznawiane są po rozpakowaniu. Role się odwracają: teraz oko konserwatora instytucji będącej właścicielem dzieła, po czasowej rozłące, uważnie prześlizguje się, rejestrując znajome już deformacje, spękania i odpryski. Są. Bo jakże mogłyby bez zgody właściciela zniknąć! I są tylko one, żadnych więcej.

Marzena Mironowicz, starszy konserwator w Pracowni Konserwacji Malarstwa i Rzeźby MNWr
(stanowisko ds. dokumentacji konserwatorskiej i archiwizacji)
26 października 2022

■ Inne teksty z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print