Intrygujące!
„Paradoksy reformacji. Co, gdzie, kto i jak zmienił ruch wydawniczy i sztukę książki w Europie”

Jakub M. Łubocki

4 września 1522 roku Marcin Luter zakończył list do swego przyjaciela i poplecznika, Jerzego Spalatyna (sekretarza i bibliotekarza elektora saskiego Fryderyka III Mądrego), tymi słowy: „Pozdrawiam w Panu. Nowy Testament zostanie doprowadzony do końca w dzień św. Mateusza”.

Na tej podstawie przyjmuje się, że tzw. Testament wrześniowy ukazał się w wittenberskiej drukarni Melchiora Lottera młodszego 21 września 1522 roku (choć prawdopodobnie stało się to kilka dni wcześniej). Był to zbiorowy przekład Pisma Świętego Nowego Testamentu z języków oryginalnych na język niemiecki dokonany przez Lutra i jego współpracowników.

Data ta zamyka pewien początkowy etap przemian, zapoczątkowanych 31 października 1517 roku przybiciem na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze 95 tez do „dysputy o wyjaśnieniu mocy odpustów”, a które obecnie znamy pod hasłem reformacji. Dziś uważamy ją za coś oczywistego, możliwe nawet, że nieuchronnego, a jednocześnie koniecznego i ze wszech miar korzystnego w dziejach cywilizacji ludzkiej.

¶ W telegraficznym skrócie, chodziło o to, że w 1506 roku papież Juliusz II rozpoczął budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie, co wymagało pokrycia olbrzymich kosztów. Dlatego ogłosił odpust dla tych, którzy finansowo wesprą budowę. W diecezji magdeburskiej komisarzem do spraw sprzedaży odpustów był dominikanin Johannes Tetzel, który w 1517 roku za zgodą papieża Leona X rozpoczął sprzedaż specjalnego odpustu zupełnego (darującego karę doczesną za grzech). Pikanterii sprawie dodawał fakt, że Albrecht Hohenzollern, arcybiskup Moguncji, miał sobie rościć prawo do połowy dochodów ze sprzedaży, by pokryć swoje własne zadłużenie względem Rzymu. Sam Rzym także dolał oliwy do ognia, zawieszając moc wcześniej nabytego odpustu wraz z ogłoszeniem nowej kampanii odpustowej – tak by zmusić wiernych do kupna nowego / „odnowienia” ważności starego odpustu. Kazania Tetzla w Jüterbog koło Wittenbergi wiosną 1517 roku sprowokowały Marcina Lutra do ogłoszenia 95 tez, które zapoczątkowały całą sekwencję wydarzeń znanych później jako reformacja. Jednak czy sam nikomu nieznany mnich-akademik dążył rozłamu wśród katolików? Nie. Nawoływał jedynie do poszanowania norm moralnych i pogłębionej dyskusji o teologii, protestując jedynie przeciw ordynarnemu frymarczeniu odpuszczaniem grzechów za pieniądze.

Wydarzenia 1517 roku zaowocowały trwałym podziałem Europy, kształtującym jej historię bezpośrednio przez następne dwa stulecia i pośrednio po dziś dzień (pierwszy prezydent-katolik Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej został wybrany w 1960 roku, a zasadę wykluczenia z sukcesji do tronu Anglii osoby wyznania nieanglikańskiego lub zaślubionej z katolikiem zniesiono dopiero w 2013 roku). Rodziny, miasta, państwa terytorialne zostały zmuszone do wyboru stron: czy pozostać przy starym Kościele, czy też podążyć za Lutrem w schizmę i nowe formy kultu i wiary. Znaczenie tych wydarzeń dla dzisiejszej historiografii symbolicznie potwierdza fakt, że są uznawane za jeden z momentów początku epoki nowożytnej.

¶ Obok upadku Konstantynopola i odkrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Wszystkie trzy daty – 1453, 1492, 1517 – mają oczywiście charakter umowny, jednak ponieważ koniec Bizancjum miał bardzo ograniczony wpływ na rozwój kultury europejskiej, a ekspansja europejska w Nowym Świecie przyniosła wymierne skutki dopiero w XVI wieku – to właśnie reformacja wydaje się najwłaściwszą cezurą dla kontynentu europejskiego, ponieważ realnymi wyznacznikami przejścia od epoki średniowiecznej do nowożytnej są przemiany kulturowe, polityczne, państwowe, ideologiczne i techniczne – a te zapoczątkował lub rozwinął właśnie ruch luterański.

Jest więc swoistym paradoksem, że 500 lat temu postronny obserwator tych wydarzeń wcale nie miał tej pewności. Były one dla ówczesnych tak prozaiczne, że nigdzie nawet nie odnotowano wprost, czy słynne 95 tez faktycznie umieszczono na drzwiach zamkowego kościoła. Dało to asumpt do twierdzeń, że w rzeczywistości była to tylko legenda propagowana już po tym, kiedy tezy zdobyły rozgłos.

¶ Wyobrażenie Marcina Lutra przybijającego młotkiem arkusz zawierający 95 tez na drzwi kościoła zamkowego w Wittenberdze dnia 31 października A.D. 1517 do dziś w zbiorowej świadomości uchodzi za autentyczne i bezdyskusyjne. Jednak w 1961 roku Erwin Iserloh ogłosił, że przybicie tez nie ma potwierdzenia w żadnym źródle. Faktycznie: pierwszy opis tego wydarzenia, autorstwa Filipa Melanchtona, nie może być naoczny (powołano go na profesora Uniwersytetu Wittenberskiego dopiero w 1518 roku), ani nawet bezpośredni (ukazał się dopiero po śmierci Lutra, czyli po 1546 roku). Należy również zaznaczyć, ze w Wittenberdze nie odbyła się żadna publiczna dysputa na temat tez, a przede wszystkim do dziś nie odnaleziono ich pierwodruku. Z drugiej strony bezsprzecznie dowiedzionym faktem jest, że drzwi wittenberskiego kościoła zamkowego były swego rodzaju „uniwersytecką tablicą ogłoszeń” – zgodnie z powszechną praktyką przed rozpoczęciem akademickiej dysputy należało posłać jej tezy drukarzowi uniwersyteckiemu i podać do druku, a następnie umieścić na nich do publicznej wiadomości. I była to czynność tak powszednia i niezajmująca, że nic dziwnego, iż nikt nie uznał jej za godną wzmiankowania, nie mając najmniejszych podstaw do przeczuwania, że właśnie te tezy już wkrótce trwale zmienią obraz Europy. Późniejsze przedruki tez i inne poszlaki wskazują jednak, że niemal na pewno doszło do ich publicznego obwieszczenia na słynnych drzwiach.

Jednak nie tylko to zadziwi nas w genezie reformacji. Przyjrzyjmy się baczniej innym symptomom, które dla większości Europejczyków drugiej dekady XVI wieku było tak oczywiste, że aż – początkowo – niewarte uwagi. Zajmować nas będzie to, jak w zupełnie odmiennym środowisku komunikacyjnym sprzed 500 lat spór teologiczny urósł do rangi wielkiego wydarzenia publicznego angażującego zarówno ludzi Kościoła, jak i świeckich, zamieszkujących odległe od siebie części kontynentu.

Paradoks pierwszy: druk nie był dominującym medium. Pomijając trywialne umowności, jakimi posługujemy się opowiadając europocentrycznie o historii druku, za jego wynalazcę uchodzi Johannes Gutenberg i przyjmuje się, że miało to miejsce po 1440 a przed 1450 roku.

¶ Założenie to z wdziękiem odmawia pierwszeństwa o wiele starszym dalekowschodnim wynalazkom estampażu, ksylografii, stempli i ruchomych czcionek oraz pomija udział współpracowników i rzemieślników Gutenberga, a także dziesiątek, o ile nie setek, jego poprzedników, bez których doświadczeń, prób i błędów osiągnięcie doskonałości nie byłoby możliwe. Dlatego kompromisowo przyjmuje się, że był to jedynie twórca pierwszej przemysłowej metody druku na świecie, na którą to składał się zespół kilku współzależnych od siebie indywidualnych wynalazków lub istotnych udoskonaleń: opracowanie własnej wersji ruchomych czcionek wykonanych z metalu; opracowanie receptury stopu do ich odlewania; skonstruowanie aparatu z wymiennymi matrycami do ich odlewania; zbudowanie własnej wersji prasy drukarskiej z przekształconej prasy papierniczej i introligatorskiej. To wszystko doprowadziło prekursorsko do stworzenia pierwszego dużego wydawnictwa, co było najdonioślejszą kwestią, różnicującą poczynania Gutenberga od innych jemu współczesnych. Wtórnymi, lecz nie mniej ważnymi, osiągnięciami były wynikłe z tych narzędzi: nowe, czytelne kroje pism oraz podstawowe zasady składu i optyki tekstu drukowanego.

Jednak wtedy nic nie wskazywało, by świat naprawdę potrzebował jego wynalazku i pół wieku później komunikacja nadal wykorzystywała stare sposoby komunikacji piśmienniczej, przyjmując nowinkę technologiczną z szacunkiem, lecz bez frenezji. Z jednej strony doprowadziła ona do obniżenia cen książek, które już w 1470 roku były niższe od ceny, jaką płacono wcześniej za samą ich oprawę, z drugiej szczyt produkcji manuskryptów przypadł dopiero około 1480 roku, czyli 30 lat po gutenbergowskim objawieniu. Dlatego, choć książki stały się trochę dostępniejsze za sprawą wyższych nakładów (lecz nie „dostępne” – księgozbiór liczący więcej niż 30 woluminów to nadal była wielka rzadkość), to 60 lat później, w czasach Lutra długofalowe konsekwencje tej nowinki technologicznej były wciąż niewiadomą. Ci, którzy entuzjastycznie przyjęli nowe medium, przekonali się, że wyjątkowo trudno jest zarobić na produkcji drukowanych książek: większość pierwszych drukarzy straciła pieniądze, a wielu zbankrutowało. Otrzeźwione tymi doświadczeniami drugie pokolenie ratowało się tradycyjną tematyką. Nie było wcale jasne, jak i dlaczego druk miałby okazać się narzędziem wielkiego ruchu przemian. Dziś wydaje się oczywiste, że reformacja nastąpiła dzięki upowszechnieniu druku, jednak było zgoła odwrotnie: to dopiero reformacja sprawiła, że druk stał się nieodzownym narzędziem komunikacji. Bowiem dopiero druki reformacyjne zmieniły stosunki na rynku zleceń wydawniczych, który wcześniej zdominowany był przez interesy tradycyjnej religii (rzymskokatolickiej). Szczególnie ważnym źródłem utrzymania były dla nich, paradoksalnie, kampanie odpustowe.

¶ Szczytowa popularność odpustów zbiegła się w czasie z wynalezieniem druku i każda kampania pociągała za sobą wręcz zatrzęsienie druków. Najlukratywniejszym zleceniem był jednak druk jednego z nich – listu odpustowego. Był to oficjalny dokument poświadczający przekazanie ofiary pieniężnej i oczyszczenie z grzechu. Jeszcze w 1452 roku wytworzono w Moguncji 2000 (prawdopodobnie rękopiśmiennych) kopii takich odpustów. Tymczasem już kilka lat później pojawiają się zamówienia na 130 000 a nawet 200 000 drukarskich odbitek! Dla warsztatu drukarskiego było to wymarzone zamówienie: list wydawano na zadrukowanym jednostronnie pojedynczym arkuszu papieru, więc jego produkcja nie przedstawiała żadnych trudności. Pracowano ponadto dla jednego zleceniodawcy nad ogromnym nakładem, który wystarczyło mu jedynie dostarczyć – bez problematycznych kwestii dystrybucji, sprzedaży i obrotu, które pociągały za sobą konieczność podnajęcia rzeszy pośredników, pomniejszających swoim zarobkiem zysk drukarza.  

Trzeba było nie lada wyczynu i sprawności, by przekonać drukarzy do narażenia się dotychczasowym mocodawcom, którzy zapewniali tak stabilny dochód. Szczególnie, że konkurencyjny rynek książki rękopiśmiennej był bardzo elastyczny: kolekcjonerzy poszukiwali wytworów z najlepszych zakładów, których produkty wciąż przewyższały elegancją wyroby drukarskie, natomiast pozostali konsumenci zadowalali się wyrobami miejscowych pisarzy. Kształtowanie książki rękopiśmiennej całkowicie uwzględniało potrzeby zleceniodawcy i w pełni dostosowywało wyrób końcowy do jego oczekiwań – rynek książki drukowanej jeszcze nie umiał tej sztuki, konkurując jedynie szybkością powielenia i wysokością nakładu (które były nieosiągalne dla skryptoriów). Stosunkowo łatwo można było wydrukować 300, 500 czy nawet 1000 egzemplarzy tekstu. Jednak w prawidłach handlu książkami powielanymi ręcznie, będącego biznesem detalicznym, w którym tekst wytwarzało się dla konkretnego klienta, próżno było szukać odpowiedzi na pytanie, jak sprzedać hurtowe ilości na targowiskach.

Paradoks drugi: Wittenberga nie była Pragą. Zdarzenia roku 1517 i lat późniejszych miały miejsce w Wittenberdze – ówczesnej stolicy ernestyńskiego elektoratu Saksonii. Nie było powodu, by krytyka odpustów, dosyć już powszechna w kręgach intelektualnych, stała się wywrotowym wydarzeniem publicznym. A przede wszystkim nie było powodu, by sądzić, że elektorat Saksonii, średniej wielkości państwo położone z dala od centrów europejskiej polityki, mógłby odegrać rolę matecznika wydarzeń rangi europejskiej. Sama Wittenberga tylko utwierdzała w tym przekonaniu: była małym, nieistotnym miejscem targowym na wschodnich peryferiach Europy. Pierwszy raz Marcin Luter zawitał doń w 1508 roku, gdyż został skierowany do tamtejszego klasztoru na stanowisko wykładowcy miejscowego prowincjonalnego uniwersytetu (założonego przez elektora saskiego z linii ernestyńskiej – Fryderyka III Mądrego – w 1502 roku) i wówczas liczyła około 2000 mieszkańców zamieszkałych w prawie 400 domostwach. W tym czasie tylko pobliski Lipsk, miejscowy ośrodek handlu, liczył ich już 9000 (1507 rok), Erfurt, prężny ośrodek akademicki – 16 000 (1511 rok), natomiast największe miasta tego regionu przewyższały ją wielokrotnie (szacuje się, że około 1500 roku w Pradze żyło 40 000–60 000, a w Kolonii 45 000 mieszkańców). Zatem mimo, że w Europie epoki renesansu toczył się już proces kształtujący nowocześnie pojmowane państwo, do wyznaczników którego należały także miasta z uniwersytetami i drukarniami, to z pewnością nie dosięgał on jeszcze słabo zaludnionych równin dzisiejszych wschodnich terenów Niemiec, na których leży Wittenberga. Sam Luter po latach wspominał, że była położona „in termino civilitatis” (na krańcach cywilizacji), a położona odrobinę dalej na wschód, znajdowałaby się „in mediam barbariam” (pośród barbarzyńców). Zdaniem Johannesa Cochläusa […] Wittenberga miała być w „porównaniu z Pragą – nędzną, ubogą, brudną wsią, niewartą i trzech halerzy. Naprawdę, nie godzi się jej nazywać miastem niemieckim. Powietrze tu niezdrowe, niemiłe; nie ma winnic, sadów, czyli drzew rodzących owoce. Domy plugawe, nieczyste ulice; wszystkie drogi, ścieżyny i ulice pełne nieczystości. Lud tu barbarzyński, tylko warzelnie i zamtuzy, a niewielu kupców i to trzech groszy niewartych”.

Szczególnie warto zwrócić uwagę na podkreślenie, że nie jest miastem „niemieckim”, które to miasta uważano wówczas za klejnoty cywilizacji europejskiej, mające dobre warunki rozwoju w spokojnej wówczas I Rzeszy. Położenie Wittenbergi miało ważki wpływ na jej miejsce w obiegu książki drukowanej.

¶ Pierwsza wittenberska drukarnia powstała dopiero w 1502 roku i pracowała głównie na potrzeby miejscowego uniwersytetu, co zaspokajało raczej ambicje jego fundatora, niż było dochodowym przedsięwzięciem komercyjnym. W 1513 roku ów drukarz – Johann Rhau-Grunenberg – opublikował 10 tytułów, wszystkie na użytek studentów i profesorów (wykłady, podręczniki, skrypty), co nawet przy ostrożnych obliczeniach szacuje się na maksymalnie 70 dni pracy w ciągu roku, zatem wydajność warsztatu pochłaniała jedynie 1/3 jego rzeczywistych możliwości.

Przed reformacją europejska geografia druku była właściwie systemem zamkniętym, w którym nie było miejsca dla maleńkiej Wittenbergi. Wszystkie główne centra znajdowały się w największych handlowych miastach Europy, a Wittenberga, w przeciwieństwie do nich, była niewielka i leżała na uboczu, wiele kilometrów od któregokolwiek z dużych rynków, niezbędnych do napędzania znaczniejszej produkcji książek. […] Mimo że w XV wieku przez pewien czas drukowano książki w ponad 200 miejscach w Europie, dwie trzecie z nich wytwarzano w zaledwie 12 miastach. Mowa o Augsburgu, Norymberdze, Kolonii, Strasburgu, Bazylei, Lipsku, Rzymie, Wenecji, Florencji, Mediolanie, Paryżu i Lyonie. W XVI wieku do tego grona dołączyły Londyn i Antwerpia. Wszystkie te miasta łączyło jedno – były wielkimi (każde liczyło ponad 30 000 mieszkańców) ośrodkami handlu, położonymi strategicznie w kluczowych dla kupiectwa punktach Europy.

¶ Nie inaczej było w Polsce. Szacuje się, że pod koniec XV wieku dwoma największymi polskimi miastami były Gdańsk (ok. 35 000 mieszkańców) i Kraków (10 000 / 18 000–20 000 wraz z Kazimierzem i Kleparzem). I choć szczycimy się faktem, że druk pojawił się w Krakowie już w 1473 roku, to należy zaznaczyć, że była to drukarnia wędrowna (działająca do 1477 roku), a nieprzerwany ciąg krakowskich druków, wyłączając epizod lat 1490–1492, rozpoczął się dopiero w 1503 roku, czyli jeszcze później niż w Wittenberdze. Doliczając pozostałe efemeryczne warsztaty drukarskie, które rozpoczęły działalność w okresie początków druku (tj. okresie produkcji inkunabułów, trwającym do 31.12.1500 roku), na terenach polskich ukazały się tylko 32 publikacje w 6 warsztatach (oprócz krakowskich były to: anonimowa „drukarnia Seremones papieża Leona I”, 1474–1478; Malbork, 1491–1492; Gdańsk, 1498–1499). Co więcej, druki te określa się jako tłoczone niezgrabnie, z niewyróżniającą się szatą graficzną. Stołeczna dominacja w sieci drukarń utrzymała się przez cały XVI wiek – w 1580 roku na terenie I Rzeczpospolitej działało 17 oficyn, z czego 8 w Krakowie.

Te prawidła trwale odwrócił dopiero duch reformacji. Teraz wiemy już, co, i wiemy też, gdzie. Pozostaje nam teraz odpowiedzieć na pytania: kto i jak?

Paradoks trzeci: Marcin Luter nie był Remigiuszem Mrozem. Wydawać by się mogło, że rewolucja, której jednym z fundamentalnych założeń była zasada „sola scripta” (tylko słowo), zaczęła się od wziętego pisarza, osobowości o prototypie publicysty, może literata, którego sława wyprzedzała jego słowa. Oczywiście, Marcin Luter był sprawnym mówcą, przenikliwym i charyzmatycznym kaznodzieją, którego kazania przyciągały rzesze słuchaczy (oblicza się, że w ciągu 30 lat mógł nauczać z ambony nawet 4000 razy), także z dalekich stron, by wysłuchać jego mów „na żywo”. Oprócz tego korzystał z wszelkich narzędzi komunikacji znanych średniowiecznej i renesansowej Europie: korespondencji, pieśni, wieści gminnej, malowanych i drukowanych wizerunków. […] Reformacja nabrała impetu w dużej mierze dlatego, że jej zwolennicy pojęli, że ambona może być jednym z najpotężniejszych instrumentów informacji publicznej i perswazji dostępnych w szesnastowiecznym społeczeństwie. Przy tym wszystkim reformacja nie przebiegłaby tak, jak przebiegła, gdyby nie dysponowała drukiem. Tymczasem Luter, urodzony w 1483 roku, przez pierwszych 30 lat życia opublikował… nic. Był także wykształcony tak samo jak inni ludzie Kościoła w tym czasie – konwencjonalnie, co oznacza, że był kształcony do komunikowania w formie ceniącej drobiazgową argumentację problemu eksponowanego w rozwlekły sposób, pełen złożoności, powtórzeń i zabiegów retorycznych. Dodatkowo, zwłaszcza w kręgach kościelnych, myśl tak sformułowana musiała być wyłożona w języku łacińskim.

Dopiero przeciwstawienie się tej zasadzie otworzyło na rewolucyjne poglądy nowe rzesze odbiorców, którzy wcześniej pozostawali poza zasięgiem obiegu informacji z powodu wysokiego progu wejścia, niezbędnego do zrozumienia przekazu, czy też bariery językowej. Można zaryzykować stwierdzenie, że to Marcin Luter wynalazł „masową publiczność czytającą”, dla której przekaz musiał być sformułowany i podany w sposób odmienny niż dotychczas. W ten sposób, nie będąc Remigiuszem Mrozem (który tylko w 2016 roku wydał premierowo 10 nowych tytułów, średnio o objętości 499,9 stron każdy), odniósł sukces, ponieważ instynktownie dostrzegł wartość lakonicznego formułowania myśli. W efekcie stał się wynalazcą nowej formy pisma teologicznego: krótkiej, jasnej i bezpośredniej, zrozumiałej nie tylko dla jego towarzyszy po fachu, ale też dla szerszych rzesz chrześcijan. To odkrycie idealnego stylu łączącego cel i formę było jądrem reformacji.

¶ Moment, w którym debata nad opustami przestała być akademicka i zamknięta, a stała się masowa i publiczna, wydarzył się po wystąpieniu Johanna Tetzla na debacie w obronie odpustów, która nastąpiła po opublikowaniu 95 tez. Luter, pierwotnie sceptyczny, co do wyprowadzenia sporu poza kręgi akademickie, zdecydował się teraz włączyć szerszą publiczność, której interesy i przychylność mogły okazać się korzystne dla sprawy. Dlatego ogłosił odpowiedź na odpowiedź Tetzla w języku ojczystym krajan, a także w formie rezygnującej z utartych zwyczajów cechujących teologiczne pisma akademickie. Tak powstało „Kazanie o odpuście i łasce”, prezentujące zwięźle i celnie jego punkt widzenia, ale przede wszystkim rezygnujące z zagadnień związanych z formą i statusem władzy kościelnej (które niewiele mogły obchodzić przeciętnego mieszkańca Saksonii), na rzecz bezpośredniego zwrotu do świeckiego chrześcijanina uciemiężonego pytaniem natury praktycznej: jak zapewnić sobie zbawienie bez kupna odpustu? Dlatego w kazaniu znalazły się precyzyjne i pragmatyczne wskazówki podane w krótkich, zwięzłych zdaniach, wskazujące, co robić, a czego nie robić, jak postępować, a jak nie, by pozbyć się z siebie zmazy grzechu.

Andrew Pettegree twierdzi, że „Kazanie o odpuście i łasce” samo w sobie nie wnosiło niczego nowego do toczącej się debaty. Opublikowane pod koniec marca 1518 roku przez Rhaua-Grunenberga, doczekało się jednak do końca roku jeszcze jednej lub dwóch reedycji domowych, czterech przedruków w Lipsku, po dwa w Norymberdze, Augsburgu i Bazylei, a w latach 1519–1520 jeszcze dziewięciu kolejnych (zauważmy i pamiętajmy o osobliwości tego faktu, że to przodujące ośrodki drukarstwa dokonują przedruków prowincjonalnego drukarza, a nie odwrotnie). Oznacza to jedno – pismo Lutra trafia błyskawicznie i od razu do tysięcy ludzi, którzy najprawdopodobniej do tej pory nigdy nie posiadali żadnego dzieła jakiegokolwiek innego żyjącego niemieckiego autora. Dlaczego więc okazało się taką wydawniczą sensacją? Ponieważ było to dzieło „geniusza intuicji”, który zastępuje 95 tez 20 krótkimi akapitami, z których każdy wykłada jeden aspekt. Najdłuższe z nich mają po trzy–cztery krótkie i bezpośrednie zdania. Całe dzieło liczy sobie jedynie 1500 słów. Mieści się idealnie w formacie ośmiostronicowej broszury. Oznaczało to rewolucję piśmiennictwa teologicznego. Pamiętamy, że Luter ogłosił 95 tez. Odpowiedź Tetzla na nie zawierała się już w 106 tezach. Rok później sprawie towarzyszy inne pismo, autorstwa Andresa von Karlstadta, który napisał – bagatela – aż 406 tez! W tej sytuacji zatytułowanie zadrukowanych dwóch kartek złożonych w pół jako „kazanie” można postrzegać niemalże jako szyderstwo z zasad rządzących tym gatunkiem, do którego wyznaczników należały niekończąca się rozwlekłość, dramatyczna teatralność, pełna powtórzeń, ekshortacji i wirtuozerskich chwytów retorycznych. Epoka żarliwej dewocji karmiła się tym, tymczasem Luter publikuje dziesięciominutowe kazanie, które w języku ojczystym dotyka sedna. I to był strzał w dziesiątkę. Z kolei decyzja, by wyjść poza język nauki, łacinę, była bardzo kontrowersyjna, ale pozwoliła przedstawić złożone zagadnienia teologiczne odbiorcom, którzy nie byli specjalistami. Stawiało to także jego oponentów w niekorzystnej sytuacji i z pewnością zwiększyło niepomiernie rynek zbytu dla jego pism. I tu dochodzimy to ostatniego paradoksu.

Paradoks czwarty: „marka Luter”. Dziś nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić rynku książki bez wizualnych zabiegów marketingowych. Jednak 500 lat temu było zgoła inaczej. Pamiętamy, że wówczas rynek książki nadal funkcjonował w realiach stworzonych w okresie książki rękopiśmiennej. „Masowy odbiorca” jeszcze nie istnieje, a rękopiśmienne atuty książki (ręczne zdobnictwo, wielobarwność, treść i kształt na indywidualne zamówienie) są prawie niemożliwe do zastosowania przez drukarza. Luter, rozumiejąc wagę jakości druku, bezpośrednio angażował się w proces powstawania swoich publikacji – odwiedzał warsztaty, nadzorował prace, instruował wykonawców – bowiem miał sprecyzowane wyobrażenie o tym, jak powinny wyglądać jego książki, i narzucał wysokie standardy. Przede wszystkim rozumiał rolę estetyki publikacji. Zdawał sobie sprawę, że jakość i wzornictwo drukowanego dzieła prezentującego jego naukę także niosą komunikat na temat jej autorytetu i prawdy. Niestety, dotychczasowy warsztat Rhaua-Grunenberga nie mógł podołać tym wymaganiom: drukarz ten był niewyrafinowanym amatorem, krótko terminującym w Erfurcie, o przestarzałym i szczupłym zasobie literniczym, niepozwalającym na zróżnicowanie składu i zastosowanie klarowanych wyróżnień, oraz bardzo powolnym tempie pracy, w efekcie której i tak powstawały niedbałe druki z błędami. Dlatego też Luter namówił doświadczonego, słynącego z wysokiej jakości estetycznej druków, lipskiego drukarza Melchiora Lottera starszego do otwarcia w Wittenberdze w grudniu 1519 roku filii swojej drukarni, nadzorowanej przez dwóch jego synów – Melchiora młodszego i Michaela – czym wkrótce doprowadził do przekształcenia jej w największy ośrodek drukarstwa w Niemczech.

Ponieważ druki wydane przez Lottera jeszcze przed przybyciem do Wittenbergi specjaliści określają jako „oderwanie się od gotyckiego kanonu form i zwrot ku zdobieniu książek inicjałami i bordiurami w stylu niemieckiego renesansu ze szkoły Cranacha” nic dziwnego, że kolejnym krokiem Lutra było zaangażowanie do współpracy Lucasa Cranacha starszego, który od 1505 roku był w Wittenberdze nadwornym malarzem Fryderyka III Mądrego i jego następców, a z którym Luter od jakiegoś czasu utrzymywał przyjacielskie relacje (m.in. wzajemnie byli ojcami chrzestnymi dla własnych dzieci). Bowiem samo jeszcze ukształtowanie druku i jego jakość nie przesądzały o wyróżnieniu się spośród tłumu. Augsburg i Lipsk może i dysponowały większym kapitałem, miały dłuższą tradycję drukarską i znamienitsze oficyny. Wittenberga miała za to Lucasa Cranacha. Szczególną innowacją Cranacha było wprowadzenie całostronicowej bordiury na stronie tytułowej wykonanej z jednego drzeworytu, a nie jak do tej pory – z kilku osobnych bloczków.

Takie rozwiązanie, niespotykane wcześniej w tekstach tego gatunku, umożliwiło całkowitą integrację przekazu tekstowego i ikonograficznego. Kolejną nowością zwracającą uwagę było to, że do tej pory ilustrowane były tylko karty tytułowe dużych, drogich foliałów – teraz wysokiej jakości ilustracje Cranacha zdobiły druczki za kilka groszy. A ponieważ wówczas na rynku książki praktycznie nie istniała ochrona własności intelektualnej, szybko korzystne i chwytliwe rozwiązania podpatrywali, przejmowali i kopiowali inni drukarze. Tak właśnie drzeworyty Cranacha i pieczołowitość wittenberskich drukarzy przeobraziły wizualny wymiar książki […]. Jego projekty przyoblekły dzieła Lutra w nową, charakterystyczną szatę graficzną i sprawiły, że były z miejsca rozpoznawalne na stoisku pełnym ksiąg. Ostatnim elementem tej tożsamości było samo nazwisko Lutra uwidocznione na karcie tytułowej.

W owym czasie wiele druków autorstwa osób żyjących wciąż ukazywało się bez wyrażenia nazwy autora (w przeciwieństwie do nieżyjących autorytetów antyków i średniowiecza, których zawsze skwapliwie ujawniano). Tymczasem jego imię i nazwisko bardzo szybko zaczęto składać większym stopniem pisma, pogrubione, wersalikami, w osobnym wersie, w wydzielonej przestrzeni lub wyróżnione w jeszcze inny sposób, tak by natychmiast odznaczało się wśród innych druków wyłożonych na targowym straganie. W efekcie pojawiła się nowa forma książki, która była ważnym ambasadorem ruchu – śmiała, czytelna i wyraźnie odrębna od wszystkiego, co ją poprzedzało. Oto wyróżniki „marki Luter”, której powodzenie na rynku należało do najistotniejszych spośród burzliwych wydarzeń, wstrząsających ojczyzną słynnego kaznodziei po 1517 roku.  

* * *

W 1517 roku hierarchowie kościelni żywili głębokie przekonanie, że są w stanie uciszyć wrzawę, która rozgorzała wokół Lutra. Zwykłe kanały, takie jak poufny list do wpływowych osób podparty postępowaniem sądowym w Rzymie, miały wystarczyć by uciszyć zbuntowanego księdza. Tym bardziej, że pierwsze 30 lat jego życia nie obfitowało w nic, co mogłoby zapowiadać jednostkę, która zatrzęsie posadami kontynentu. Tymczasem już wkrótce zmieniło się wszystko. Powszechne zainteresowanie poglądami Lutra wywołało olbrzymi popyt na jego dzieła. Tylko w latach 1518–1519 stał się najczęściej drukowanym autorem w Europie, który napisał w tym okresie 45 nowych prac – 25 po łacinie i 20 po niemiecku – z czego 22 liczyły osiem lub mniej stron. Takie parametry druku oznaczały jedno: minimalny koszt inwestycji, szybką stopę zwrotu i lokalny rynek zbytu. Porównajmy ją z drukiem po łacinie (70% druków do 1517 roku napisanych było w tym języku) liczącym 500 stron: jego produkcja zajmowała prawie rok (a więc oznaczała zamrożenie środków na ten czas), a po jego ukończeniu nie gwarantowała zysku – niedoszacowany nakład zmuszał do składu nowej partii przez następny rok, przeszacowany oznaczał butwienie niesprzedanych egzemplarzy w magazynach. Oszacowany racjonalnie nadal był zrozumiały wyłącznie dla wąskich elit wykształconych do posługiwania się językiem łacińskim rozsianych po dalekich stronach, co oznaczało dystrybucję na znaczne odległości. W efekcie szacuje się, że do 1530 roku niemieckojęzyczne wydania Lutra doczekały się ponad 2000 wydań w łącznej liczbie egzemplarzy szacowanej na 2 000 000 (przyjmując, że przeciętnie jeden nakład liczył 1000 egzemplarzy, choć wiemy, że niektóre z jego dzieł ukazywały się w znacznie wyższych nakładach).

Druk stał się medium, a Wittenberga – jego epicentrum. W latach 1502–1516 pięciu kolejnych drukarzy wydało w Wittenberdze 123 tytuły, tj. średnio 8 rocznie. Wszystkie po łacinie, większość bardzo krótkich. W latach 1517–1546 było to już 2721 tytułów (91 rocznie) w łącznym nakładzie 3 000 000 egzemplarzy! W 1543 roku Wittenberga utrzymywała 6 pracujących na wysokich obrotach warsztatów odpowiedzialnych za jakieś 83 wydawnictwa. Połowę stanowiły teksty po niemiecku, połowę po łacinie, a większość egzemplarzy przeznaczona była na eksport. Jeśli dodamy do tego cały wachlarz pobocznych usług świadczonych na potrzeby tej branży przez hurtowników, introligatorów, woźniców i kupców odpowiedzialnych za skomplikowane transakcje monetarne w obrocie na duże odległości, okaże się, że rzemiosło wydawnicze było jedną z największych gałęzi gospodarki kwitnącego miasta. Z wynikiem rokrocznie przekraczającym 200 tytułów w latach 1590–1600 była największym ośrodkiem wydawniczym Niemiec, przyćmiewając wszystkie podane wyżej miasta niemieckie, z Augsburgiem i Norymbergą włącznie. (W tym czasie w całej Polsce przez cały wiek XVI wydano ok. 8000 tytułów, co przy przeciętnym nakładzie 500 egzemplarzy pozwala specjalistom szacować ogólną liczbę egzemplarzy na ok. 4 000 000).

Jeśli chodzi o sam Testament wrześniowy, ukazał się on pod tytułem „Das Newe Testament Deůtzsch” (bez podania na karcie tytułowej nazwiska autora przekładu, lecz z miejscem wydania „Vuittemberg”) w niebagatelnym nakładzie około 3000 egzemplarzy, staraniem Lucasa Cranacha starszego oraz Christiana Döringa (którzy być może byli wydawcami, choć stanowiska w tej sprawie są rozbieżne) w drukarni Melchiora Lottera młodszego. Był to pokaźny tom (format folio – jeden z pierwszych tak dużych wittenberskich druków) zadrukowany jednokolumnowo szwabachą, ozdobiony drzeworytniczymi inicjałami i 21 całostronicowymi ilustracjami (uważa się, że Cranach sam wykonał 9 z nich). Dla niektórych klientów były one dodatkowo ręcznie barwione.

Wrześniowy termin nie był przypadkowy – sławne targi w Lipsku odbywały się dwa razy do roku, a ich jesienna odsłona (Leipziger Herbstmesse) rozpoczynała się w dzień św. Michała (29 września). Było to tym istotniejsze, że w przeciwieństwie do reformacyjnych druków ulotnych, ta pozycja od początku była przeznaczona dla zamożniejszej klienteli: kosztowała od 0,5 do 1,5 guldena (w zależności od oprawy i zdobnictwa inicjałów), w czasach, kiedy pół guldena było mniej więcej tygodniowym wynagrodzeniem czeladnika.

Jednak i tak nie stanowiło to przeszkody w sukcesie handlowym, bowiem już w grudniu 1522 ukazało się wydanie drugie, poprawione i na nowo zilustrowane, nazywane Testamentem grudniowym, a do 1533 roku Nowy Testament Lutra opublikowano w sumie 85 razy. W roku następnym – 1534 – ukazał się już pierwszy kompletny przekład Pisma Świętego (poszerzony o tłumaczenie Starego Testamentu) Lutra wydrukowany przez Hansa Luffta. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Jakub M. Łubocki, Dział Sztuki Wydawniczej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
21 września 2022

Korzystałem przede wszystkim z pracy (z niej pochodzą fragmenty zaznaczone kursywą):
— Andrew Pettegree, Marka Luter. Rok 1517, druk i początki Reformacji, Warszawa 2017.

Dodatkowo sięgałem do prac:
— Martin Luthers Werke, t. 1–120, Weimar 1883–2009.
— Encyklopedia książki, pod red. Anny Żbikowskiej-Migoń i Marty Skalskiej-Zlat, t. 1–2, Wrocław 2017.
— Erwin Iserloh, Luthers Thesenanschlag. Tatsache oder Legende?, Wiesbaden 1962.
— Helmar Junghans, Wittenberg als Lutherstadt, Berlin 1979.
— Albert Kapr, Johannes Gutenberg. Persönlichkeit und Leistung, Leipzig 1988.
— Thomas Kaufmann, Der Anfang der Reformation. Studien zur Kontextualität der Theologie, Publizistik und Inszenierung Luthers und der reformatorischen Bewegung, Tübingen 2018.
— Jan Pirożyński, Johannes Gutenberg i początki ery druku, Warszawa 2002.

Zapraszamy do lektury innych tekstów z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print