Intrygujące!
„Osioł w szkole, czyli co ma kot do fortepianu”

Monika Żernik-Drejer

Było hausmalerów wielu, ale bardzo niewielu o takiej randze jak Ignaz Anton Bottengruber. Wrocławianin – choć nie z urodzenia, mieszkaniec Wyspy Piaskowej, parafianin kościoła Najświętszej Marii Panny na Piasku, gdzie wziął ślub i ochrzcił syna.

Malarz – bardzo utalentowany, z początku akwarelista, autor atlasu ptaków Aviarium Silesiae, później dekorator porcelany. Wolny strzelec – tak byłoby dziś, ale osiemnastowieczne realia, a zwłaszcza tworzywo, na jakim tworzył, ściśle wiązały go z mecenatem. Protektora miał godnego – wrocławskiego kolekcjonera Johanna Georga Pauliego, człowieka gruntownie wykształconego, któremu owa erudycja pomogła zgromadzić niezwykły zbiór m.in. obrazów, grafik i książek. Szczególnie zbiór graficzny był uznawany za unikatowy i bardzo wysoko ceniony przez ówczesnych kolekcjonerów. W gromadzeniu go z pewnością niemałą rolę odegrała bezpośrednia znajomość Pauliego z opiekunem wielkiej biblioteki Jeana-Baptiste’a Colberta, ministra finansów króla Ludwika XIV.

W kolekcji dawnego Śląskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności (Schlesisches Museum für Kunstgewerbe und Altertümer) znajdowało się kilka porcelanowych naczyń dekorowanych przez Ignaza Bottengrubera. Z tego zbioru do dziś zachowały się dwa talerzyki, które przechowywane są w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Fot. A. Podstawka

Na obu przedstawione są postacie mitologiczne i na obu króluje charakterystyczny i niepowtarzalny ornament z liści, akantu, wijących się wstęg i ukrytych pomiędzy nimi postaci, zwierząt, przedmiotów – znak rozpoznawczy ręki Bottengrubera.

Szukając śladów wrocławskiego malarza, trzeba by zaplanować długą podróż, ponieważ jego prace znajdują się w wielu muzeach w Europie i Ameryce. Z bliższych wizyt warto odwiedzić Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze i przyjrzeć się niewielkiemu kuflowi dekorowanemu przez wrocławskiego malarza.

Fot. M. Żernik

Prosta, niewyszukana i typowo użytkowa forma naczynia stała się widownią dla trzech graficznych przedstawień. Malowanym en camaïeu żelazową czerwienią i purpurą, zamkniętym w złoconych kartuszach obrazom towarzyszą fauni, małpy, psy i inne zwierzęta. Wszystkie one wplecione w okazały, fantazyjny ornament akantowo-wstęgowy, nazywany też ornamentem à la Bérain.

Przedstawieniom patronują dwie łacińskie sentencje. Pierwsza – Redeunt Saturnia regna (wraca panowanie Saturna) – jest wyjątkiem z IV eklogi Wergiliusza, nazywanej mesjańską, w której poeta wieszczy przyjście narodzonego z dziewicy dziecka, które przyniesie światu pokój i zmyje dawne zbrodnie. A kiedy dorośnie, rozpocznie się złoty wiek ludzkości. Drugi cytat – Risum teneatis, amici? – zaczerpnięty został z Ars poetica Horacego i znaczy tyle co: Czy moglibyście się powstrzymać od śmiechu, przyjaciele? Wszystko to stanowi oprawę dla trzech satyrycznych scen. Nietrudno w nich wyczuć przyganę i nutę moralizatorstwa, ale i równie łatwo rozpoznać odwołania do świata à rebours, tradycji karnawału, gdzie odrzucone zostają prawa i reguły codzienności, a prym wiodą błazenada, parodia, stereotypy, mieszanie wysokiego z niskim, a powagi ze śmiechem.

Wzorem dla wszystkich trzech scen były grafiki opublikowane przez Johanna Theodora de Bry w zbiorze Emblemata saecularia wydanym w 1596 roku we Frankfurcie nad Menem. W centralnej części pierwszego przedstawienia Asinus aureus (Złoty osioł) na podwyższeniu stoi osioł, który zjada kwiaty, a wydala złoto. Wokół niego tłoczą się przedstawiciele różnych warstw społecznych (dostojnicy świeccy i kościelni, kaleki, mężczyźni, kobiety, dzieci) żądni złotych monet. Do grafiki dodana jest inskrypcja: HOC PECUS INGENTES AURI TIBI MERDAT ACERVOS, która podkreśla, że osioł ma dla każdego kupę pieniędzy. Oczywiście jest to komentarz do ludzkiej chciwości i żądzy bogactwa, szczególnie tego łatwego, które można zdobyć bez wysiłku i pracy.

Kolejny obraz przenosi nas do szkolnej klasy pełnej niesfornych uczniów. Wzorem dla tej grafiki ze zbioru emblematów Theodora de Bry był powstały w 1556 roku rysunek Pietera Bruegla Starszego Osioł w szkole (De ezel op school – i tutaj gra słów, ponieważ w niderlandzkim słowo ezel [w dawnej pisowni esele] znaczy osioł, ale także dupa, tyłek). Jeden z uczniów jest dyscyplinowany przez nauczyciela, inni próbują się bawić, chować w różnych miejscach albo udają, że się uczą. Przez okno zagląda osioł, też stara się zdobyć wiedzę. Niestety, inskrypcja zapisana na rysunku Bruegla jest dla niego brutalnym cenzorem: Al reijst den esele ter schoolen om leeren, ist eenen esele hij en sal gheen peert weder keeren – Nawet jeśli wyślesz osła do szkoły, żeby się uczył, pozostanie osłem i nie wróci jako koń.

Bohaterem trzeciej sceny jest muzykująca kompania. Postacie przywodzą na myśl głupców lub błaznów, jeden z nich ma nawet błazeńską czapkę i raczy się winem z dzbana. Śpiewającym mężczyznom towarzyszą zwierzęta: świnia, koza i pies. Ale najciekawszym elementem przedstawienia jest znajdujący się w centrum instrument. To koci fortepian – Katzenklavier.

Dziwaczny i okrutny koncept budowy takiego instrumentu po raz pierwszy został opisany w 1650 roku przez jezuickiego uczonego Athanasiusa Kirchera w dziele Musurgia Universalis. Koty miały być umieszczone w osobnych pudełkach połączonych z klawiaturą tak, by jako struny wykorzystać kocie ogony. Zwierzęta miały być ułożone w porządku chromatycznym, zgodnie z wysokością wydawanych przez nie dźwięków. Młoteczki – dla większej skuteczności – byłyby specjalnie zaostrzone, aby precyzyjnie uderzać w ogon i bólem zmuszać kota do „śpiewu”.

Bardziej jeszcze kuriozalna niż sam wynalazek takiego instrumentu była próba użycia go w leczeniu ludzi. Niemiecki psychiatra Johann Christian Reil w 1803 roku zasugerował, aby koci fortepian wykorzystać w terapii osób o zaburzonej zdolności do koncentracji. Jeśli zmusić ich do przyglądania się instrumentowi i do słuchania kociej muzyki, niewykluczone że udałoby się im skupić uwagę i zostaliby uleczeni.

Na szczęście nie ma żadnych dowodów na to, że taki instrument kiedykolwiek powstał, a szalony pomysł niemieckiego wynalazcy zachował się jedynie w sferze papierowych przedstawień.

Monika Żernik-Drejer, Pracownia Digitalizacji Zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu
23 listopada 2022

Zapraszamy do lektury innych tekstów z cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print