Grzech wysokości

Julian Barnes, Wymiary życia, Warszawa 2013

Latały ptaki i owady, a stworzył je Bóg. Latały anioły, te także stworzył Bóg. Stworzony przez Boga człowiek „(…) musiał w pocie oblicza swego zdobywać pożywienie” (Rdz 3,19). Igrając z lataniem, igrało się z Bogiem. Latającym maszynom i szalonym śmiałkom na wysokościach odpadały skrzydła. Także fantasta-Ikar nie wygrał ze swoimi bogami. Lecz racjonalne oświecenie już takim bogom nie wierzyło. Powtarzano za Horacym – Nil mortilibus arduum est. Ludzie zaczęli latać.

Pierwszymi szybującymi „nielotami” były co prawda zwierzęta – owca, kogut i kaczka, których podniebną podróż ➸ 19 września 1783 r. obserwował w Wersalu król Ludwik XVI, zacni członkowie Francuskiej Akademii Nauk oraz liczna gawiedź. Balon nazwano „Le Réveillon”, by upamiętnić Jeana-Baptista Réveillona, nadwornego producenta tapet, który dostarczył specjalny barwny papier z królewskimi inicjałami do jego pokrycia. Już miesiąc później wolności latania zasmakowali także ludzie. Pionierem był Jean-François Pilâtre de Rozier, który 15 października w powietrznej bani, jeszcze uwiązanej linami, wzniósł się na wysokość 30 metrów. 21 listopada leciał już swobodnie ponad Paryżem na wysokości 3000 stóp. Towarzyszył mu markiz François Laurent le Vieux d’Arlandes. Śmiałkowie przebyli odległość 8 kilometrów. Zarówno zwierzaki, jak i pierwsi aeronauci podróżowali maszynami napędzanymi ogrzanym powietrzem, których konstrukcję opracowali pochodzący z Owerni bracia Montgolfier.

Jacques Étienne i Joseph Michel Montgolfier byli papiernikami, kontynuatorami rodzinnej tradycji i osiągali w tej dziedzinie całkiem spore sukcesy (np. Étienne pierwszy we Francji zaczął wyrabiać delikatny papier welinowy). Swobodne unoszenie się ciał cięższych od powietrza fascynowało ich, jak wielu współczesnych zapewne. Podobno obserwacja spalonych drobinek papieru krążących nad paleniskiem była iskrą doświadczeń z puszczaniem worków wypełnionych ciepłym powietrzem. Pierwsze udane balonowe eksperymenty bracia przeprowadzili we własnym ogrodzie w Vidalon-lès-Annonay w końcu 1782 r. Płócienne worki wypełnione ogrzanym powietrzem, jeszcze przywiązane, unosiły się do wysokości nawet 2,5 m. Pół roku później, 5 czerwca 1783 r., balon dumnie nazwany „Ad Astra” przeleciał swobodnie nad łąkami pod Annonay na wysokości 2000 m, a po 10 minutach wolno opadł 2,5 km od miejsca startu. Był wykonany z papieru płóciennego, miał średnicę ponad 11 m, objętość 600 m³ i ważył ok. 230 kg. Siłą unoszącą było ogrzane powietrze. Taki typ aerostatów nazwano – od nazwiska konstruktorów – montgolfierami.

W pamiętnym roku 1783 nie tylko Montgolfierowie eksperymentowali z powietrznymi maszynami. Jacques Alexandre César Charles, fizyk, członek Francuskiej Akademii Nauk, napełnił banię wodorem, który był gazem dużo lżejszym od powietrza i łatwo dostępnym. Zapewniał wyższy pułap uniesienia i dłuższy czas przelotu. Jednakże wodór, niestety, przenika przez tkaniny. Tu Charles’owi z pomocą przyszli bracia Robert, chemicy, m.in. dostarczyciele prezerwatyw dla dworu. Przeznaczony do wykonania balonu jedwab Noël Robert impregnował gumą. Górą sfera opleciona była siatką; do drewnianej obręczy na równiku podwieszono gondolę załogi. Charles i Robert zabrali ze sobą przyrządy do obserwacji i prowiant. 1 grudnia wystartowali z Paryża i w ciągu dwóch godzin pokonali aż 40 km. Ich typ aerostatów, konkurencyjny dla motngolfier, określano charlierami.

Sensacyjne wieści o paryskich wyczynach obiegły Europę. „Gazeta Warszawska” w suplemencie do numeru 91 z dnia 12 listopada 1783 r. informowała czytelników: „Z Paryża dnia 17. Października. Czas pogodny (…) pozwolił J. Panu Montgolfier czynić swoje doświadczenia (…) machina iego utrzymywana za każdym razem powrozami, podnosiła się do 30. do 40. y aż do 50. stop. Jeden z rzemieślników iako też y Pan Pilastre’-du Rosier, y sam J. Pan Montgolfier, kilka razy ztą machiną podnosili się. (…) dnia zawczorajszego, temuż Panu Pilastre tak dobrze udawało się, iż dwa razy po pół godziny na powietrzu bawił się (…).” Balonowemu szaleństwu poddał się cały kontynent.

Jeszcze w 1783 r. eksperymentowano we Włoszech, w Anglii, w Holandii; w roku następnym francuscy pionierzy układali trasy swych zagranicznych pokazów. Rekordzistą tych spektakli był Jean-Pierre François Blanchard, wynalazca słusznie mianowany ojcem lotnictwa. Pierwszy pomyślny lot charlierem odbył w marcu 1784 r. ponad paryskimi Polami Marsowymi. Rok później, 17 stycznia, wraz z Amerykaninem Johnem Jeffriesem szybował nad kanałem La Manche. Podniebny wyczyn śmiałków kilka dni później fetowano w Wersalu, w obecności króla Ludwika XVI, i w Paryżu, w rezydencjach francuskiej arystokracji. Blanchard wyruszył w Europę. Do końca wieku wykonał 66 pokazowych lotów, m.in. w Holandii, Niemczech czy Polsce. 10 maja 1789 r. w Warszawie wystartował z ogrodu Foksal, przeleciał ponad Wisłą, a po 49 minutach wylądował w Białołęce. Start i pierwsze chwile lotu obserwował król Stanisław August Poniatowski i tłumu widzów.

Francuskiemu aeronaucie w towarzyszyła Joanna Cymerman, co nie było precedensem, ponieważ już wcześniej odważne niewiasty doświadczały takich podróży. W roku 1778 Sarah Bernhard wraz z kochankiem, Georges’em Clarinem, balonem „Doña Sol” przelecieli z Paryża do Emerainville, świętując chwile wolności butelką szampana i pomarańczami. W Warszawie Balanchard swój występ powtórzył cztery dni później, tym razem z hrabią Janem Potockim, jego sługą i psem. O niezwykłym spektaklu informowały stołeczne gazety, problemy techniczne omawiali uczeni-pasjonaci, emocjonowała się z lękiem stołeczna gawiedź. Adam Naruszewicz, dworski oświeceniowy pisarz, krytyk sarmackiej obyczajowości, poświęcił mu wiersz, w którym wynosił potęgę rozumu i postęp nauki. Odę Balon po raz pierwszy opublikowano w anonimowej ulotce, co zapewne stało się przyczyną wieloletniej pomyłki atrybucyjnej – do połowy XX w. autorstwo utworu przypisywano Stanisławowi Trembeckiemu.

Gdzie tylko bystrym orzeł polotem
Pierzchliwe pogania ptaki,
A gniewny Jowisz ognistym grotem
Powietrzne przeszywa szlaki.

Niezwykłych ludzi zuchwała para,
Zwalczywszy natury prawa,
Wznawia tor klęską sławny Ikara
I na podniebiu już stawa.

Stanisław Trembecki, Poezyje Stanisława Trembeckiego, Lipsk 1836

Niestrudzony Francuz 27 maja daje kolejny pokaz swej brawury. Tym razem we Wrocławiu. Balonem typu charlier wystartował z fortyfikacyjnych wałów zabezpieczających od północy wyspy Piaskową i Tumską, spod Bramy Fryderycjańskiej (nieistniejąca; dzisiaj okolice pl. Bema), i łagodnie osiadł ok. 40 km dalej, we wsi Marcinów pod Trzebnicą. Start zgromadził tłumy widzów; towarzyszący pierwszym chwilom widowiska pokaz spuszczania spadochronów (również wynalazek Blancharda) uwiecznił znakomity śląski sztycharz Friedrich Gottlob Endler.

Podniecająca rozkosz grzesznego latania, niewyobrażalna dotąd możliwość oderwania się człowieka od ziemi w końcu XVIII stulecia zawładnęła do cna wyobraźnią Europejczyków. Wynalazek braci Montgolfier skutkował nie tylko ryzykownymi doświadczeniami ekscentryków, inspirował twórców, był także katalizatorem nowej formy ludycznej zabawy. Podobnie jak popisy jarmarcznych magów i cudotwórców zwoływał tłumy (nawet kilkudziesięciotysięczne), a fascynował na równi i prostaczków, i koronowane głowy, dla których balonowe spektakle organizowano.

Wynalazek – z jednej strony – był sukcesem oświeceniowego etosu racjonalnego myślenia (tak traktowali go Francuzi), z drugiej – odwoływał się do tego, co irracjonalne, co w tym uporządkowanym rozumowo świecie nie podlegało mierze (w większości europejskich państw uznano baloniarstwo za jeszcze jeden rodzaj plebejskiej fety).

Eksplozja mody na baloniarstwo, balonowej manii, to krótkie dwulecie 1784–1785. Zwrotu „balonowa mania” użyto już w czerwcowym wydaniu „Mércure de France”, więc w czasach pierwszych lotniczych doświadczeń. Mania ogarnęła zarówno ryzykantów, którzy sami próbowali uniesień, jak i tych bardziej ostrożnych, którzy z kościelnych wież spuszczali jeno koty lub psy. Spektakle zaczęto biletować; widzów na pokazach obowiązywał balonowy dress code. Panie zatem pojawiały się sukniach nowego kroju (robe retroussée dans les poches), których masywne spódnice podciągnięto na bokach i spiętrzono na biodrach, a rękawy rozdęto bufami, tworząc sylwetkę przypominającą balon ➸ Kapelusze miały fason à la Montgolfier lub à la Blanchard, fryzury upinano au globe volant lub au demi-ballon Strój męski, mniej fantazyjny, przynajmniej barwiono na kolor „balonowy”, guzikom, klamrom, uchwytom lasek nadawano formy aerostatów. Motyw powietrznej bani pojawił się na wachlarzach, torebkach i tabakierkach. W Anglii smakowano „sosu balonowego do ryb”, francuscy kucharze serwowali filet à la Montgolfier i trunek créme aèrinne. W renomowanych manufakturach porcelany balonowymi scenami dekorowano kruche souveniry dla zamożnych klientów.

Ozdobą wrocławskiej kolekcji francuskiej porcelany jest właśnie taki refleks balonowej mody – niewielka puszka na prósz herbaciany wykonana w słynnej królewskiej wytwórni w Sèvres. Biegły miniaturzysta uwiecznił na niej pierwszy wyczyn braci Montgolfier w Annonay w czerwcu 1783 r. Pejzaż monochromatycznie malowany manganowym różem, z kilkoma skromnymi zabudowaniami na obrzeżach, przedstawia grupkę widzów zaaferowanych niezwykłym widokiem lecącego już w oddali globu oraz daremny wysiłek ścigającego go powozu. Nad pierwszoplanową, anegdotyczną kulisą dominuje pełne powietrza tło z ulatującym ku ramie, ku grzesznym wysokościom, balonem. Dla pewności wydarzenie datowano na rewersie: 5 Juin 1783.

Ten swobodnie i lekko malowany obrazek ma wdzięk równy finezyjnym fêtes galantes Antoine’a Watteau. Jest wszak dzieckiem, co prawda późnym, tej samej epoki – odchodzącego już rokoka. Epoki lubującej się we wszystkim, co niecodzienne i wyrafinowane, kochającej wszelkie joujou polśniewające z serwantek i herbacianych stolików w salonach wytwornych dam. Salony tych najsłynniejszych, bez reszty niepłoche, były centrami kulturotwórczymi, gdzie dyskutowano tematy ważkie i gdzie zapraszano ówczesne sławy: literatów, naukowców, aktorów. U Madame de Polignac, dla przykładu, gościli Blanchard i Jeffries po swym szczęśliwym przelocie nad kanałem La Manche. Dyskutowano pijając modne, choć już nienowe, egzotyczne napoje z cennych porcelanowych naczyń, wytworów młodych europejskich manufaktur. Umiejętność wyrobu porcelany, przywożonej dotąd z odległych Chin, poznano bowiem w Europie dopiero z początkiem XVIII w. W najstarszej manufakturze – Królewskiej Manufakturze Porcelany w Miśni – „białe złoto” zaczęto wytwarzać w roku 1710.

W czasach braci Montgolfier arcanum, czyli znajomość składu porcelanowej masy oraz pełnego procesu wytwarzania, już nie były pilnie strzeżonymi tajemnicami, a w Europie działało sporo manufaktur, jednakże wyroby były ciągle bardzo drogie, dostępne jedynie osobom majętnym. W ceramice były to czasy, kiedy ton europejskiemu wzornictwu wyznaczała manufaktura w Sèvres. Wytwórnia przez długie lata była francuską monopolistką dzięki przywilejom nadanym jej w 1745 r. przez możnego protektora – Ludwika XV. W 3. ćw. XVIII w. pozycję hegemona już utraciła, jednakże w dalszym ciągu przyciągała najsłynniejszych artystów. Autorami malatur byli m.in. Etienne-Maurice Falconet i François Boucher, biskwitowe figurki projektowali Jean Baptiste Pigalle i Jean-Antoin Houdon, a kierownikiem pracowni złotniczej był złotnik królewski, Claude-Thomas Duplessis. Stylistyka zdobień sewrskich wyrobów była zawsze elegancka i wyważona. Nawet rokokowe kapryśności dyscyplinowano rezerwami i kartuszami, symetrią i wyraźnym rytmem. Wcześnie pojawiły się tu elementy klasycystyczne – już w latach 70. XVIII stulecia, kiedy w Miśni ciągle barokową obfitość motywów wspierał równie obfity relief.

Wrocławski zabytek cechuje zarówno klasyczna wytworność, jak i powab rokoka. Oszczędna kolorystyka fortunnie ograniczona do dychotomii chłodnej żółcieni i manganowej purpury, dyskretnie konturowanych złotem, oraz prosty kształt łagodnie wyoblonego czworoboku – to zestaw znaków klasycystycznych. Zaś subtelna, miękko malowana miniatura zachowała wdzięk i lekkość rokoka. Puszka to zapewne cenny prezent, kosztowny, bo wykonany w renomowanej królewskiej manufakturze, cacko niezbędne w kompletach do przyrządzania i pijania modnej egzotycznej herbaty.

Pierwsze naczynia na herbaciany prósz z ok. poł. XVII w., z czasów, gdy poznawano smak herbaty, były metalowe, srebrne, nawet złote. Często kunsztownie zdobione przez renomowanych złotników, opatrzone herbami i monogramami właścicieli. Kiedy napój już trochę spowszechniał, naczynia metalowe zaczęto zastępować ceramicznymi, porcelanowymi lub fajansowymi. Równie kunsztownie dekorowanymi, przechowywanymi w specjalnych kasetkach, wszak ich cenna zawartość katalizowała cały rytuał smakowania egzotycznego płynu. W herbacianym komplecie były zwykle dwie puszki – na herbatę czarną i zieloną, oprócz nich zestaw misek, imbryków, specjalnych łyżeczek-miarek, oczywiście cukiernice, filiżanki…

Lecz herbaciany serwis to już temat innej historii.

Jolanta Sozańska, kustosz w Dziale Ceramiki MNWr

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸
 

print