Czekoladowy Kapturek

Międzynarodowy Dzień Dziecka. Święto każdego z nas, ale przede wszystkim najmłodszych latorośli. Powszechnie wiadomo, że dzieci najłatwiej jest rozpieszczać słodyczami: większość z nas z utęsknieniem czekała na słodki upominek z okazji swojego święta, a najbliżsi nie rozczarowywali nas pod tym względem.

W beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu: dziś wiemy, że nadmierne spożywanie słodyczy jest obarczone bardzo poważnymi konsekwencjami dla zdrowia, potrafią nawet uzależniać, a najbardziej radykalni ich przeciwnicy twierdzą, że cukier to „cichy zabójca”.

W Polsce okresu dwudziestolecia międzywojennego było jednak inaczej. Przede wszystkim cukier był drogi. Jak podaje Rafał Kuzak ➸, polityka fiskalna państwa sprawiła, że w 1928 roku w Warszawie kilogram cukru kosztował aż 1,56 złotego (dziś byłaby to równowartość ok. 16–19 złotych). W tym czasie nauczyciel szkoły średniej (do trzech lat stażu pracy) zarabiał 301 zł miesięcznie, a zatem za swoją pensję mógł kupić ok. 200 kilogramów cukru (w 2011 roku za wynagrodzenie nauczyciela stażysty tych kilogramów można było kupić już 610).

Z drugiej strony cukier reklamowano jako pełnowartościowy produkt spożywczy. „Rzeczpospolita” pisała: „Należy tutaj podkreślić, że cukier nie jest bynajmniej zbytkiem, lub słodyczą sprawiającą zadowolenie, cukier jest znakomitym środkiem odżywczym. Badania wykazały, że 1 kg cukru posiada taką sama wartość odżywczą, co 2 kg pieczywa, prawie 3 kilo mięsa chudego, przeszło 4 kg ziemniaków, a 7 litrów mleka” (nr 294 z dn. 13.10.1928, s. 7), a „Warszawskie Czasopismo Lekarskie” (1928, nr 24, 25) dowodziło skuteczności leczenia dystrofii za pomocą dużych dawek cukru.

Prawdziwa gorączka cukru rozpętała się jednak w 1930 roku po chwytliwej akcji propagandowej, do której Melchior Wańkowicz stworzył słynny slogan „Cukier krzepi”. Według inseratów prasowych ➸ cukier miał wydłużać życie, wzmacniać kości, pobudzać umysł, regenerować nerwy, dawać energię i siłę, prawie każdej potrawie – jej właściwy smak, a nawet zmniejszać pociąg do wódki.

W cieple tej sławy chcieli się ogrzać także polscy czekoladnicy, czego ślad pozostał w zbiorach Działu Sztuki Wydawniczej MNWr. Oto historia „Czekoladowego Kapturka” – upominek od Fabryki Czekolady E. Wedel w postaci bajki dla grzecznych dzieci (jak głosi strona tytułowa). Niewymuszony wdzięk tej wierszowanej bajki, parafrazującej historię Czerwonego Kapturka – toposu powszechnie znanego w Europie od niepamiętnych czasów – podkreślają estetyczne ilustracje.

Zwraca uwagę, jak przebiegle połączono „upominek dla grzecznych dzieci” z funkcją propagandową i reklamową. Czekolada jest tu nie tylko źródłem pożywienia i przyczyną wigoru Kapturka, ale także cudownym panaceum, leczącym zarówno z niemocy fizycznej (babci), jak i moralnej (wilka). Zwraca uwagę także element bukoliczny, gdy w końcowej scenie udomowiony i potulny wilk „pilnuje domku i spokojnie sobie tyje”. Tym podprogowym zachętom wplecionym w rozwój fabularny towarzyszą zachęty poczynione wprost: informacje o kolejnych wyrobach Wedla znajdują się na co drugiej stronie.

Na wszelki wypadek, gdyby te wyrafinowane parabole były jednak zbyt subtelne, wydawcy upominku dobitnie punktują, o ile czekolada przewyższa co do pożywności szynkę, mięso wołowe i chleb żytni, a marmoladki owocowe według nich „należą do rzędu najzdrowszych łakoci dla dzieci”. Na samym końcu, jeśli walory odżywcze, lecznicze, resocjalizacyjne i smakowe okażą się argumentami niewystarczającymi do przekonania o zbawiennych skutkach spożywania wyrobów czekoladowych, twórcy broszury sięgają po cios ostateczny: odwołują się do raju utraconego rodzicielstwa – świętego spokoju – oto bowiem kakao owsiane Wedla (o wybitnych wartościach odżywczych) dzieci piją „chętnie i bez grymasów”.

Bajka, zgodnie z zamysłem wydawców, miała trafiać do grzecznych dzieci. Egzemplarz przechowywany w zbiorach Działu zaświadcza, że grzeczność czasami szła w parze z niepohamowaną ekspresją twórczą (wzbudzoną nagłym przypływem energii po spożyciu czekolady?): prawie każda strona nosi ślady kolorowania i malowania. Czasem są to autonomiczne dzieła czerwoną kredką, czasem przemalowania ilustracji akwarelami, czasem po prostu uzupełnienia w liternictwie. Możliwe, że wszystkie są autorstwa niejakiej Tereski – takie imię wpisano ołówkiem na wierzchniej okładce egzemplarza.

O samym druku wiemy niewiele więcej niż o małej Teresie. Nie odnotowują go żadne polskie i zagraniczne elektroniczne katalogi biblioteczne (co nie oznacza jednak z całą pewnością, że nie znajduje się on w jakimś księgozbiorze lub archiwum). Próby ustalenia autorstwa spełzły na niczym, jednak dzięki poszlakom udało się z dość sporym przybliżeniem ustalić jego datowanie. Druk przygotował „Foto-offset Zakł. Graf. Straszewiczów”. Ze Słownika pracowników książki polskiej. Suplementu wynika, że Bohdan Straszewicz wraz z rodzeństwem – Leszkiem i Hanną – spółkę Zakłady Graficzne Straszewiczów, dawniej K. Thies, zawiązał 9 marca 1920, a która spłonęła we wrześniu 1939 roku. Dalsze zawężenie przynosi nam życiorys Haliny Bielińskiej (z d. Krüger, siostry Marii Krüger), która sygnowała ilustracje. Według Narodowego Uniwersalnego Katalogu Centralnego (NUKAT) oraz katalogu elektronicznego Biblioteki Narodowej pierwszy dokument przez nią ilustrowany datowany jest na 1930 rok (jest to powieść fantastyczna Władca przestrzeni).  Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć zatem, że historię Czekoladowego Kapturka wydano między 1930 a 1939 rokiem, a najpewniej do 1932 roku: wówczas zakończyła się szeroko zakrojona kampania propagandowa zachęcająca do kupowania cukru, której wydźwięk i retoryka była zbliżona do tej zastosowanej w upominku (więcej na ten temat można znaleźć w doskonałej pracy Zofii Zakrzewskiej „Cukier krzepi”. Propaganda konsumpcji cukru w Polsce w latach 1925–1932 (Warszawa 2020).

*
W 1930 roku Jan Wójcicki w czasopiśmie „Rzeczy Piękne”, zachwalając wyroby graficzne Straszewiczów, pisał: „Jak wielką rolę odgrywa zewnętrzna forma i szata w opakowaniu towaru, to wiemy z doświadczenia kupca i producenta, którzy nie szczędzą nakładu na ten najskuteczniejszy sposób reklamy. Słabość ludzka przynajmniej w tym wypadku przyczynia się do rozwoju sztuk graficznych […]” (1930, nr 10–12, s. 171). Toteż niezależnie od wieku, pozwólmy sobie dziś na odrobinę „słabości ludzkiej”: nie łudźmy się, że wydłuży nam to życie, wzmocni kości czy zregeneruje nerwy, ale przynajmniej będziemy mogli żyć z błogą świadomością, że przyczyniliśmy się do rozwoju sztuki wydawniczej w Polsce.

Jakub Maciej Łubocki, Dział Sztuki Wydawniczej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸
 

print