Muzealne rozmowy: „Dopełnialiśmy się”

Z Eryką Trzewik-Drost i Janem Sylwestrem Drostem, bohaterami najnowszej wystawy czasowej „Eryka i Jan Drostowie” w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, tuż przed wernisażem rozmawia Aleksandra Ziemlańska.

Ciekawią mnie Państwa związki z Wrocławiem, bo oboje Państwo pochodzicie z Opolszczyzny. Jak to się stało, że tutaj trafiliście?

Jan Sylwester Drost: Przyjechaliśmy do Wrocławia, bo tu była Akademia Sztuk Pięknych. Wtedy to była Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, teraz Akademia. Poznaliśmy się na studiach.

Eryka Trzewik-Drost: Zostałam skierowana właśnie do Wrocławia i przyjęli mnie. Bardzo chciałam iść na malarstwo albo na rzeźbę, a tymczasem wszyscy studenci zostali „zwerbowani” na grafikę i szkło, bo to był nowo otwarty wydział, i w końcu się zgodziłam, ale w sumie nie żałuję. Malować i tak malowałam, jak miałam wolną chwilę, i to podobno nieźle, bo był taki przegląd w pracowni profesora Gepperta. Gdy zobaczył mój obraz, który tam stał gdzieś w kącie, to mówi: „A to co? O, tak też można malować”. Okazało się, że większość studentów było po liceum plastycznym i wszyscy malowali na jedno kopyto, a ja jednak inaczej. Byłam wtedy „dumna i blada”. (śmiech)

Muzeum Narodowym we Wrocławiu ma dużą kolekcję Państwa prac. Jestem ciekawa początków?

Jan S. Drost: Jeszcze na studiach przychodziliśmy tu do muzeum. Z uczelni było blisko, tak że czuliśmy się tu prawie jak w domu.

Eryka Trzewik-Drost: Jeśli chodzi o kolekcję, to w którymś roku już pod koniec ustroju PRL-u, szkło z Targów Poznańskich trafiło tutaj. To była dobra sprawa.

Od razu następne pytanie – wiem, że często byli Państwo na różnych targach nagradzani, między innymi na Targach Szkła w Jablońcu w Czechach około 1973 roku.

Jan S. Drost: Tak, Jablonec… Złoty medal tam dostałem, a w Czechach złoty medal dostać, to nie byle co.

Fot. A. Podstawka

Eryka Trzewik-Drost: Sporo było tych targów, a także wystaw. W Gliwicach była wystawa w 2018, i tam też zostało trochę naszych prac. Tu od razu z przyjemnością wspomnę ubiegłoroczną naszą wystawę w Muzeum Miasta Gdyni. Nie przypuszczaliśmy, że nas tak po królewsku przyjmą. I teraz jeszcze Wrocław, bardzo nam się tu podoba.

A jak to było, gdy dopiero zaczynaliście Waszą przygodę z projektowania szkła. Byliście Państwo młodymi studentami. Jak trafiliście do huty szkła „Ząbkowice”?

Fot. A. Podstawka

Eryka Trzewik-Drost: Po studiach najpierw pracowałam sześć lat w Zakładach „Porcelana” w Bogucicach, gdzie projektowałam serwisy i figurki, między innymi ten „Pierwszy bal”, który się tak wszystkim podoba. Zakłady wtedy szukały projektantów, a gdy tam trafiłam, to bardzo mi się spodobało. W Bogucicach zrobiłam dużo prac. Potem Jasio dostał mieszkanie w Ząbkowicach, dokąd dojeżdżałam, co na dłuższą metę okazało się uciążliwe, i w końcu z Bogucic zrezygnowałam. Akurat w hucie „Ząbkowice” potrzebowali jeszcze kogoś, a był tam bardzo przychylny projektantom dyrektor, więc się przeniosłam. Tutaj mogliśmy raz w miesiącu eksperymentować, a hutnicy to bardzo lubili, bo taka jednostajna praca produkcyjna to była nieciekawa, mogli się więc wykazać. Również nam pokazywali różne ciekawe techniki.

Jan S. Drost: A jeszcze jak się dowiedzieli, że jakieś szkło zostało wyróżnione lub dostało nagrodę, to mieli jeszcze większy zapał do tej roboty. Pomimo upływu lat z Ząbkowicami mamy cały czas kontakty, choć wielu z hutników przecież już nie żyje, tyle czasu upłynęło.
Ta huta specjalizowała się w szkle prasowanym, a to niestety jest bardzo trudny materiał. Ta technika – mechaniczne wytwarzanie – przyczyniło się do powstania masowej i taniej produkcji szkła. Pierwsze szkła prasowane były niecelowo kształtowane – to były przeważnie pseudostylowe formy i dekory, dużo miernych kopii szlifów kryształowych. Tego typu szkło długo było poza kręgiem zainteresowania, ale w tamtych wczesnych latach w Ząbkowicach pomyślałem sobie: „No, spróbuję. Zobaczę, co z tym można zrobić”. Gdy poznawałem, jak się robi te formy, pomyślałem, że można do tego podejść zupełnie inaczej i zrobić coś nowego. I tak się zaczęło.

Eryka Trzewik-Drost: Początkowo w Ząbkowicach produkowali te pseudokryształy, a Jasio wymyślił, że można na odwrót – ten dekor dać na zewnątrz.

Jan S. Drost: Tak. Już Eryka wspomniała o przychylnej nam dyrekcji. W dodatku sprzyjała nam też świetna kadra. Dawno temu zauważyłem, że w takiej produkcji seryjnej to musi być dyscyplina, bo najmniejszy błąd będzie później powtarzany w tysiącach sztuk. Stąd preferowałem współpracę w zespole – ścisła współpraca projektanta ze specjalistami: technolodzy szkła, projektanci, konstruktorzy form metalowych, mistrzowie rękodzieła szklarskiego. Dopiero wtedy można było wyeliminować wszystkie błędy i powstawały nowe wzory, które potem na różnych wystawach, targach, konkursach otrzymywały bardzo wysokie wyróżnienia. I zresztą można to zobaczyć na tej wystawie.

A skąd czerpali Państwo do tych projektów inspiracje?

Eryka Trzewik-Drost: Na przykład mój pomysł, by wykorzystać wzór serwetki robionej na szydełku, wynikał z trendu, by ukrywać wady szkła.

Jan S. Drost: Tak. I to można było zrobić tylko w szkle prasowanym, żadną inną techniką. I to wykorzystaliśmy. Stąd te różne kropeczki, kreseczki, faktura drewna, piasku, kory drzewa…

Eryka Trzewik-Drost: Dokładnie. Wtedy akurat robiłam serwetki szydełkiem i to takie z frędzelkami – no, to dobrze wyszło. (śmiech)

Jan S. Drost: Dyrekcja huty współpracowała wtedy z różnymi instytutami, m.in. Instytutem Szkła z Krakowa – „Ząbkowice” miały przy realizacji najwięcej kolorów szkła z wszystkich hut w tamtym czasie. Mało tego, to były barwy, które po powtórnym zagrzaniu zmieniały kolor. Również współpracowała z Instytutem Odlewnictwa Metalu. To była jedyna huta, która miała własny wysoki piec. Sama odlewała żeliwo, sama odlewała formy metalowe i sama je robiła. Tak że wszystko mieliśmy jak na dłoni. Idealnie to było zorganizowane w tym zakładzie.

Fot. A. Podstawka

Eryka Trzewik-Drost: Tak, mały zakład, ale perfekcyjnie zorganizowany. Szkoda, że to się rozleciało. Nie istnieje już niestety.

Jan S. Drost: Jak już zauważyliśmy, że coś się dzieje z hutą – i niedobrze, namówiłem dyrektora, żeby te wszystkie rzeczy ze wzorcowni przekazać tu do muzeum. I on to zrobił. I to jest tutaj we Wrocławiu. Zachowały się nawet stare katalogi z zaboru rosyjskiego.

Zaintrygowało mnie to szkło zmieniające kolor. Proszę więcej o tym opowiedzieć.

Jan S. Drost: Po wyprasowaniu przylepiało się przylepiakiem dno danego wyrobu i wprowadzało do pieca drumlowego. Zagrzewało się, a wtedy góra naczynia, która bardziej „oberwała” to gorąco, zmieniała swój kolor – pojawiało się cieniowanie. Stosowane barwniki musiały mieć wspólne współczynniki rozszerzalności, żeby można je było łączyć. Możliwości były ogromne.
Do dzisiaj obserwujemy ciekawe tendencje we wzornictwie: ze Szwecji, Skandynawii, Czech – wciąż potęgi jeśli chodzi o szkło. Czołówka światowa.

A jak odbieracie Państwo to, że wzory przez Was projektowane wciąż są obecne?

Jan S. Drost: Dobrze. (śmiech) Zestaw „Rotor” przejęła Huta Szkła Edwanex. Podziwiam. Jej właściciel był hutnikiem. A zestaw produkują do tej pory. Pamiętam, wykorzystałem do tego projektu cięte drewno. Odlałem słoje w gipsie, a potem przygotowaliśmy formę w metalu. Od razu nam się ten efekt spodobał.

Fot. A. Podstawka

Eryka Trzewik-Drost: Zdarza się nam, że w restauracjach napotykamy szklane przedmioty według naszych projektów. Zauważam czasem moje figurki ceramiczne czy w szkle, cukiernice, popielniczki. Przez te lata sporo się tego nazbierało.

Jan S. Drost: W dodatku ja miałem zupełnie inny kierunek, a Eryka inny. Nie ingerowaliśmy w swoje projekty. Najważniejsze, że się dopełnialiśmy.

Rozmawiała Aleksandra Ziemlańska

Eryka Trzewik-Drost, ur. 19 listopada 1931 roku w Pokoju na Opolszczyźnie, w latach 1951–1957 studiowała na Wydziale Ceramiki i Szkła Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. W latach 1957–1964 była projektantką w Zakładzie Porcelany „Bogucice” w Katowicach-Bogucicach. Zaprojektowała m.in. serwis obiadowy „Epos”, serwis do kawy „Luna”, figurkę „Pierwszy bal”. W latach 1965–1990 jako projektantka związana była z Hutą Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” w Dąbrowie Górniczej. Zajmowała się głównie projektowaniem dekoracji; jest autorką ciekawych rozwiązań ornamentalnych wykorzystujących naturalne materiały w odlewach do form prasowanych, m.in. w zestawie naczyń użytkowych „Cora”.

Jan Sylwester Drost, ur. 29 grudnia 1934 roku w Kłodnicy koło Kędzierzyna-Koźla, w latach 1952–1958 studiował na Wydziale Ceramiki i Szkła Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. W latach 1959–1960 pracował jako projektant w Śląskich Zakładach Mechaniczno-Optycznych „Opta” w Katowicach. W latach 1960–1990 związany z Hutą Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” w Dąbrowie Górniczej jako projektant i kierownik ośrodka wzorcującego. Współpracował z hutą także w późniejszych latach, gdy funkcjonowała pod nową nazwą „Crystallite” (2004–2006). Zajmował się również wystawiennictwem, m.in. wspólnie z Jerzym Słuczan-Orkuszem przygotowując projekty aranżacji ekspozycji szkła na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Autor kilkuset wzorów naczyń użytkowych i szklanych form dekoracyjnych.

■  Muzealne rozmowy ➸

 

print