Sanatorium IV

Moje wspomnienia: rodzinny dom i stojący na jednej z półek z książkami album z grafikami Józefa Gielniaka (1932–1972). Wydawnictwo Arkady, srebrna okładka z pracą artysty – delikatnym zaczarowaniem świata linorytu.

Dzięki grafikom Gielniaka, drobiazgowym, wzruszającym – tworzonym głównie w sanatorium dla gruźlików w Bukowcu koło Kowar – po raz pierwszy dowiedziałam się, jak mężczyzna przez sztukę –„żmudną, precyzyjną i czułą dłubaninę” – może wyznać uczucie kobiecie swego życia (artysta zadedykował cały cykl prac „Improwizacje dla Grażynki” żonie), wyrazić sympatię wobec przyjaciół i znajomych (ekslibrisy dla Panka, Witza, Gaja, Dawskiego, Brzozowskiego, Wejmana, Nowosielskiego). Podejrzałam, jak sztuka działa terapeutycznie nie tylko na odbiorcę, lecz także na samego artystę. Jak mimo lęków i niepokojów przed zagrożeniem, chorobą czy śmiercią można pisać, korespondować, uczyć się, rozwijać wyobraźnię, czytać, rozkochać się w sztuce, przyrodzie czy w dziełach innych artystów. Jak żyć z uśmiechem i tworzyć mimo przeciwności losu.

Muzeum Narodowe we Wrocławiu traktuję jak mój drugi dom. Jeszcze będąc dziewczynką, dzięki moim rodzicom, biegałam po salach muzealnych, zatrzymując się przy swoich ulubionych dziełach. Dziś wiem, że w muzealnych magazynach są te wszystkie prace Józefa Gielniaka. Pamiętam, że w miejscu, gdzie teraz znajduje się księgarnia muzealna, była przed laty przestrzeń wystawowa, gdzie w 2006 roku odbyła się wystawa prac mojego artysty. Wystawę przygotowała wspaniała kuratorka Krystyna Bartnik, zakochana w sztuce graficznej. Byłam wtedy z rodziną na wernisażu. Chłonęłam w ciszy i skupieniu atmosferę misternych dzieł Gielniaka, tych przenikających się drobnych kształtów, mgły kresek i kropek. Potem już sama wielokrotnie wracałam na wystawę. Chciałam po raz kolejny i kolejny, w odosobnieniu przyglądać się im bez dystansu. Obserwować w sobie rosnący zachwyt światem artysty. W tych odbitkach żyje charakter, wiara, nadzieja, godność, dobroć, szczerość, wrażliwość i prawdziwa miłość do ludzi oraz miejsca, tego miejsca, w którym przyszło mu rozbłysnąć na chwilę. Jego sztuka nazywana była meteorytem. Wracam do niej co jakiś czas, ponieważ mam, podobnie jak i Gielniak, „przemożną potrzebę osobistego kontaktu z drugim człowiekiem”.

Z sentymentu sięgam do dzieł Gielniaka, widząc w artyście spadkobiercę Boscha, Dürera, Goi, duchowego brata Paula Klee. Pokazał nam swój świat – tworząc niemal z niczego, w taniej technice linorytu przy pomocy rylca, farby, wałka, prasy – i osiągając fascynujące mistrzostwo.

Polecam lektury: książkę Ireny Jakimowicz Józef Gielniak z 1982 roku czy Mariusza Hermansdorfera Józef Gielniak z 2006 roku i marzę, aby znów zobaczyć jego prace na wystawie, tym razem w Pawilonie Czterech Kopuł.

Katarzyna Pierzchała, Pracownia Komputerowa Muzeum Narodowego we Wrocławiu

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸

 

print