„kolekcJA” – rozmowy Elżbiety Baluch

Elżbieta Baluch: „[…] historia o rzeczach. I jeszcze o gadaniu. Czyli – o słowach i przedmiotach”[1]. Te dwa elementy idą ze sobą w parze, bo choć każda rzecz jest nośnikiem informacji, to jednak niezbędna jest jej narracja. Pisałam o tym w niedawno opublikowanym tu wprowadzeniu do autorskiego projektu zatytułowanego „kolekcJA” ➸. Chcąc przekuć słowa w czyny – odbyłam pierwszą z rozmów (korespondencyjnie; z ukłonem dla #stayhomechallenge). Moją rozmówczynią jest Katarzyna Różycka – muzealnik z zawodu, kolekcjoner z serca.

Elżbieta Baluch: Nazwałaby się Pani kolekcjonerką?
Katarzyna Różycka: Nie. Nie nazwałabym siebie kolekcjonerką. Bardziej chyba zbieraczką (tylko brzydkie to słowo) lub hobbystką.

Pani pierwsze skojarzenie do hasła ‘kolekcja’, to…?
Pierwsze skojarzenie to zbiór jakiś przedmiotów gromadzonych zgodnie z określonym kluczem.

Czym dla Pani jest kolekcja?
Zaczęłabym od rozgraniczenia dwóch pozornie tożsamych pojęć – kolekcji i zbioru. Kolekcja to przedmioty zbierane zgodnie (jak wspomniałam powyżej) z określonym kluczem, jak historia rozwoju jakiegoś przedmiotu (na przykład radioodbiornika czy aparatu fotograficznego). Z kolei zbiór to (dla mnie) również przedmioty zbierane zgodnie z określonym kluczem. Przy czym nie można poznać tu ich historii jako całości.

Czym dla Pani jest kolekcja własna?
Czym jest dla mnie moja kolekcja? Jest historią mojego życia. To coś, co połączyło mnie i mojego męża, który wspierał mnie w tym, co robię. Na początku sfotografował nawet poszczególne noże i zaprojektował dla nich karty katalogowe. Tylko moje wrodzone lenistwo nie pozwoliło mi na tak rzetelną kontynuację.

Jest Pani właścicielką zbioru…
…noży do papieru. Służących nie tylko, jak mogłoby się wydawać,  do otwierania listów. Kto dzisiaj pamięta, że książki miały złączone stronice? A gazety? Chcąc przeczytać zadrukowane strony, należało zacząć od ich rozcięcia właśnie. Ponadto, kiedyś autorzy kryminałów posługiwali się nożami do papieru właśnie, jako narzędziem zbrodni.

Pamięta Pani, od którego z nich (w domyśle – noża do papieru) wszystko się zaczęło? I czy potrafi Pani umiejscowić to w czasie?
Może jest to dziwne, ale pamiętam rok, w którym się to zaczęło, 1972 – czas mojej matury. W domu rodzinnym były dwa noże do papieru, jeszcze przedwojenne. Jeden z nich uczniowie mojego dziadka ofiarowali mu na zakończenie szkoły. To był krok pierwszy.
A kolejny? Na dawnym placu PKWN (obecny plac Legionów) był kiedyś taki sklep – jeden z najlepszych w mieście. I na jego wystawie leżał prosty nóż do otwierania kopert. Był jednocześnie wagą do listów. Tak się to właśnie zaczęło.
Rodzice rozpuścili tak zwane wici wśród znajomych. Doktoranci taty jeździli za granicę i przywozili te noże do papieru, jako pamiątki z podróży. Również moja ciocia miała wielu znajomych na zagranicznych uczelniach. Także i od niektórych z nich coś dostałam. To były czasy, kiedy nie było łatwo wyjechać do innego kraju, a zwłaszcza na „dziki zachód”. Później otworzyły się granice – łatwiej było wyruszyć i coś przywieźć z podróży. Zaczęły się też pojawiać giełdy staroci, na których łatwo można było zakupić coś ciekawego. Często odwiedzaliśmy je z Tadeuszem  – moim ukochanym mężem.
Ta możliwość się niestety skończyła wraz z momentem przyjścia mody na starocie. Ceny poszybowały w górę. Mnie, jako pracownika kultury nie było już na nie stać. Później sami zaczęliśmy jeździć za granicę i zawsze przywoziliśmy jakieś noże. Najczęściej takie pamiątkarskie, z poszczególnych miast. Wcześniej znajomi rodziców, a teraz nasi znajomi przywożą od czasu do czasu jakieś noże.
Ale! W tej digitalnej dobie nie można jeszcze zapomnieć o różnych aukcjach internetowych.
Jeszcze jedna ciekawostka. Na początku mojej przygody z nożami, w tygodniku „Przekrój” był taki mały kącik, w którym kolekcjonerzy chwalili się swoim hobby. Zaistniały tam i moje noże do papieru. Minął rok, może więcej. W dniu ślubu otrzymałam przesyłkę z Nowej Zelandii, a w niej pięć noży do papieru, wyłożonymi macicą perłową i zdobionymi motywami maoryskimi. Okazało się, że Polka mieszkająca w Wellington przeczytała stary „Przekrój”i postanowiła mi zrobić prezent. Trafiła nieświadomie na dzień mojego ślubu.

Co zadecydowało, że została Pani kolekcjonerką?
Jak w słowach piosenki Sławy Przybylskiej „[…] to wszystko z nudów wysoki sądzie, to wszystko z nudów”. A tak poważnie – bardzo chciałam coś zbierać, ale nie miałam żadnego pomysłu. I ten nóż leżący na wystawie w księgarni natchnął mnie do działania. Może też lektura kryminałów, w których noże do listów odgrywały ważną rolę? Myślę, że zawsze jest to jakaś wypadkowa różnych okoliczności.

Ile sztuk obejmuje Pani zbiór? I czy odnajduje w nim Pani te ważniejsze i mniej ważne eksponaty?
Mój zbiór noży do papieru liczy obecnie 420 sztuk. Nie mogę wskazać, który jest bardziej ważny, a który mniej. Dla kolekcjonera wszystkie egzemplarze są istotne. Do najciekawszych, według mnie, należą te, pochodzące z czasów I wojny światowej. Żołnierze niemieccy, tkwiący w okopach, robili je z odłamków pocisków. Jeden z nich ma w rączce umieszczone zdjęcie dwóch żołnierzy w mundurach. Chyba przyjaciół z frontu.
Inna grupa noży pochodzi z sanktuariów katolickich, takich jak Lourdes, La Salette, Fatima czy Jerozolima. Widnieją na nich wizerunki Matki Boskiej, Chrystusa, osób świętych. Mnie, jako katolika, powinno to oburzyć. Jednak jako kolekcjonera – już nie. 
Są też noże z motywami judaistycznymi. Ciekawostką jest też nóż z Buddą. Wśród całego mojego zbioru interesujące są noże ze zwierzętami czy ptakami rzeźbionymi na rączce. Są noże reklamowe, a także o dwóch funkcjach – jak waga do listów, lupa, długopis, otwieracz do butelek. Dla etnografa ważne są też noże z motywami ludowymi i to nie tylko polskimi. Wyróżnić można też kilka noży z wizerunkami znanych postaci,  jak: Napoleon, Piłsudski czy Mickiewicz. Do dzisiaj nie mogę sobie darować, że w 1973 roku, gdy byłam z bratem w Londynie, nie kupiłam noża z wizerunkiem Churchilla. Szkoda mi było pieniędzy.

Co świadczy o ich wartości, czy raczej – wartościowaniu?
Trudne pytanie. O wartości tego zbioru dla mnie decyduje jego unikalność. Obecnie zbierane przeze mnie przedmioty młodemu pokoleniu nie są już znane. Pamiątkarskie noże wyparły wszechobecne magnesy. Dziś wyszły już z mody (a przynajmniej tak mi się wydaje) całe zestawy na biurko, w skład których wchodziło między innymi pióro i szkło powiększające. Kiedyś jeszcze całość uzupełniał kałamarz i bibularz (kto zmłodszego pokolenia wie, co to było?).

Warto kolekcjonować?
Czy warto zająć się zbieraniem czegokolwiek?  Warto. Jest to bardzo wciągające. Zbierając przedmioty z historią – takie, jak broń, powozy i motocykle, obrazy, maszyny do pisania, aparaty fotograficzne etc. – można stać się ekspertem w danej dziedzinie. Zakładając, że podchodzi się do sprawy poważnie i z zaangażowaniem. Ale tu tkwi jedno niebezpieczeństwo – takie, że hobby przesłoni całe życie, w tym również prywatne. Można zbierać też przedmioty, które trudno usystematyzować pod względem historii. Niektóre noże, zwłaszcza te z giełdy staroci, czy z internetu, pochodzą ze zdekompletowanego przybornika na biurko. Może warto zbierać całe komplety? Mnie się udało, bo Tadeusz (powtórzę – mój ukochany mąż), podziela moje zainteresowanie i pomaga mi w realizacji pasji. Mojej, a tym samym – wspólnej.

Dziękuję:
Pani Katarzynie – za poświęcony czas i poczynioną narrację;
Państwu – za poświęcony czas i uwagę.
Kontynuacja projektu nastąpi.

Elżbieta Baluch, adiunkt w Dziale Dokumentacji i Inwentaryzacji Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu

[1] M. Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Kraków 2017, s. 5.

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸

 

print