„Wernisażeria”: recenzja wystawy „Abakanowicz. Totalna”

Dr Kamila Tuszyńska pisze w blogu o sztuce „Wernisażeria” ➸

Królowa jest tylko jedna – Magdalena Abakanowicz, a tak olbrzymia retrospektywna wystawa też jest tylko jedna: „Abakanowicz. Totalna” w Pawilon Czterech Kopuł. Muzeum Sztuki Współczesnej. 13 sal, 50 prac, 400 obiektów. Na bogato!

Zgodnie z tytułem wystawy kuratorki dr Barbara Banaś i Iwona Dorota Bigos postawiły na totalny przekrój twórczości Abakanowicz – są szkice, abakany i rzeźby, w tym wszystkie hiciory z cyklów „Tłum”, „Mutanty”, „Plecy”, „Postacie siedzące”, ale i mniej znane prace, m.in. grzmoty „Gry wojenne” czy gobelin „Życie Warszawy”, utkana strona gazety. Przed nim znajduje się chyba najmocniejsza praca Abakanowicz – „Klatka” z uwięzioną postacią, co w kontekście roku powstania pracy – 1981 – i sytuacji politycznej w Polsce stanowi przygnębiający komentarz do ówczesnej rzeczywistości.

W Pawilonie Czterech Kopuł jest o wiele więcej wspaniałości, bo Muzeum Narodowe we Wrocławiu ma największą na świecie kolekcję prac Magdaleny Abakanowicz i wszystkie są prezentowane na wystawie. Najstarsze abakany pochodzą z lat 60. XX wieku, a najmłodsze obiekty – „Dream II” i „Ghost, Spooks, Spirits” – z 2008 roku.

Na wernisażu wystawy „Abakanowicz. Totalna” byłam jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia, ale chwilę zajęło mi przetrawienie morza wrażeń (oraz morza makowca). Wystawę można przeżywać na dwa sposoby, bo i na dwa sposoby można wejść w świat Abakanowicz. Można wejść fizycznie między prace, okrążyć je i obejrzeć ze wszystkich stron. W ten oto sposób stanęłam przed „Tłumem”, w „Tłumie”, za „Tłumem” oraz wyindywidualizowałam się z rozentuzjazmowanego „Tłumu”, co widzicie na zdjęciu.

Jednak jeszcze ciekawsze jest metaforyczne wejście w drugi świat Abakanowicz, zazwyczaj ukryty przed oczami widza, który radośnie wkracza do muzeum, nie zastanawiając się, ile trzeba się narobić, zanim zorganizuje się wystawę, na którą on będzie mógł radośnie wkroczyć. I ten świat „pozawystawowy” zaprezentowany jest na wystawie w postaci dwóch ścian wypełnionych dokumentami.

Moimi ulubionymi papierzyskami są zaproszenie na lunch w dniu otwarcia wystawy w 1977 r. oraz faktura po angielsku wystawiona przez Desę w 1967 r. (lista 26 prac wysłanych na wystawę). Inne dokumenty to rachunki, korespondencja między Abakanowicz a dyrektorem norweskiego muzeum Henie Onstad Kunstsenter, ustalenia dotyczące transportu czy ubezpieczenia, szkice rozmieszczenia prac na wystawie w Oslo, zdjęcie z tejże, listy z adresami do wysyłki katalogów i tak dalej. Dzięki temu widz w Pawilonie Czterech Kopuł może chociaż przez chwilę poczuć się, jakby „organizował” wystawę (z) Abakanowicz.

Wystawa we Wrocławiu prowadzi widza przez kolejne sale, wije się jak lina z pracy „Koło i lina”. Nie ma narzuconego porządku chronologicznego, sąsiadują ze sobą prace pochodzące z różnych lat, ale łączące się tematycznie. Np. przy cyklu „Plecy” wyświetlana jest fotografia przedstawiająca rzeźby podczas ekspozycji na plaży nad Wisłą w 1977 r. Ktoś eksponuje na plaży nogi, ktoś inny plecy z juty.
Wystawa „Abakanowicz. Totalna” jest bardzo przestrzenna – w zależności od tego, w którym miejscu sali staniemy, zobaczymy coś innego: np. oglądanie pod odpowiednim kątem cyklu „Postacie siedzące” albo „Mędrcy” sprawia, że figury nakładają się na siebie, składają się niczym papierowa harmonijka, jakby „zbiegły się” do jednej sztuki. Jednak wystarczy się przesunąć, a odzyskamy multiplikację. Nic w przyrodzie nie ginie, może oprócz drugiej skarpetki i pierwszego tomu „Czarodziejskiej góry”, ginie mi szelma notorycznie!

Poza tym dzięki temu, że wystawa „Abakanowicz. Totalna” nie jest zagracona i prace mają oddech (widz również, bo nie grozi mu panika wywołana niemożnością zaczerpnięcia oddechu bez ryzyka kolizji z abakanem), można skupić się na drugim planie, czyli na… cieniach. I tak na przykład cień rzucany przez „Dream II” kojarzy mi się z bliżej nieokreślonym bogiem egipskim, ni to Sethem, ni Horusem (chociaż Jung pewno powiedziałby, że te skojarzenia więcej mówią o mnie niż o Abakanowicz). Jeszcze bardziej grę cieni widać w delikatnych, ażurowych „Ptakach” – w ich przypadku trudno powiedzieć, czy właściwym ptakiem jest obiekt z drutu, czy rzucany przez niego cień (chociaż Platon pewno powiedziałby, że sprawa jest oczywista. Nie mam pojęcia, co na ten temat powiedziałby Jung. Tym bardziej nie mam pojęcia, co powiedziałby Platon na słowa Junga).

Ponieważ w przypadku Abakanowicz tak samo ważne jak same prace jest rozmieszczenie ich w przestrzeni, za życia artystka zajmowała się tym osobiście. Doskonale zdawała sobie sprawę, że: „ludzie nie odbierają obiektów, a właśnie przestrzeń, którą tworzę z napięć pomiędzy obiektami, z pustki, ze światła”. Naćkanie abakanów bez pustki między nimi działa jak naćkanie narciarzy w kolejce do wyciągu w Białce – nie bardzo. Na szczęście w Pawilonie Czterech Kopuł przestrzeni jest dostatek, za co przez kwadrans wznosiłam dziękczynienia w sali – jak to nazywałam – fioletowej, wypełnionej abakanami mającymi 5 metrów wysokości, abakanami tworzącymi 15-metrową ścianę, abakanami totalnymi. Tam dopiero można poszaleć – czułam się jak w sali balowej, biegając dookoła imponujących abakanów, prawie że z nimi wirując. Miałam ten komfort, że byłam w sali jedyną oglądającą, więc tym bardziej czułam monumentalność tych obiektów.
Zobaczcie na zdjęciach, ile z abakanów wyciąga odpowiednie oświetlenie: niektóre fragmenty prac wydają się aż przezroczyste, podczas gdy inne koczują w mroku i wyłaniają się tylko częściowo, kolory zostawiają na później. Kapitalny efekt daje ta gra od czerni przez fiolety, róże, czerwienie i pomarańcze.

To w tej sali znajduje się płomienna praca o oczywistym tytule „Ruda”, nawet rozważałam wrzucenie z nią zdjęcia, ale brak podtytułu „Wernisażeria” mnie przystopował. Wybrałam więc „Tłum”, przynajmniej jawnie anonimowy.
Na ostatnich zdjęciach wrzucam Wam znajdującą się w Pawilonie Czterech Kopuł zaprojektowana przez Annę Witkowską przestrzeń edukacyjno-warsztatową, która jest „przedłużeniem” wystawy. Na „ścianach” są szkicowe ilustracje konkretnych prac Abakanowicz (np. „Pleców”), a na podłodze typowe dla artystki materiały takie jak drewno czy sznur.

Co jeszcze mi się podobało na wystawie „Abakanowicz. Totalna”?
Wysokie na kilka metrów trochę przerażające „Czarne ubranie z workami” i „Ubranie czarne okrągłe” przypominające mi oglądane na wystawie „Faire son Temps” w Centrum Pompidou w Paryżu „garnitury” Christiana Boltanskiego, które w porównaniu z formatem Abakanowicz wydają się kreacjami dla biedronek.
Jeszcze długo mogłabym pisać, bo powiem Wam, że dawno nie widziałam tak dopracowanej i totalnej wystawy jak „Abakanowicz. Totalna”. Totalnie polecam!

I tym wpisem żegnam 2021 rok i życzę nam wszystkim, żeby 2022 rok pełen był równie fenomenalnych wystaw jak ta w Pawilonie Czterech Kopuł. W ogóle życzę Wam, żeby przyszły rok był najlepszym z wszystkich dotąd przez Was przeżytych. Szczęśliwego i Wspaniałego Nowego Roku pełnego radości, zdrowia, harmonii i sztuki!!
To jak, wybieracie się w 2022 roku na Abakanowicz?
Macie czas do 28 sierpnia.

dr Kamila Tuszyńska, blog o sztuce Wernisażeria, recenzja wystawy „Abakanowicz. Totalna”

print