Rozmowy Małgorzaty Matuszewskiej:
„Intensywna obecność teatru otwiera na sztuki wizualne”

Justyna Oleksy, założycielka Teatru Czterech działającego w Pawilonie Czterech Kopuł, oraz aktorzy-performerzy opowiadają o mocy dzieł i performance’u. 27 marca świętujemy Międzynarodowy Dzień Teatru.

Skąd się wziął Teatr Czterech?
Justyna Oleksy:
Zrodził się ponad rok temu – na początku w mojej głowie. Ideę performance’u zaszczepiła we mnie prof. Dobrochna Ratajczakowa, kiedy studiowałam w Poznaniu teatrologię. Opowiadała o performatywności wielu miejsc, które mijamy co dzień – witryn sklepowych, galerii handlowych, ulic. Ta myśl we mnie została. I w Pawilonie dała o sobie znać szczególnie mocno. Przestrzeń Pawilonu Czterech Kopuł zachwyciła mnie i oszołomiła. Kiedy zaczęłam pracować tam jako edukatorka, zapragnęłam to miejsce oswoić.

I trafiła Pani na wystawę „Moc natury. Henry Moore w Polsce”?
Justyna Oleksy:
Była idealna do teatralnej interpretacji. Czas zwiedzania został przedłużony, bo cieszyła się dużym zainteresowaniem. W grudniu, gdy nieśmiało wspomniałam, że chciałabym stworzyć w Pawilonie teatr, nie spodziewałam się, że pierwsza premiera odbędzie się już w styczniu, planowałam raczej dłuższy rozbieg. Ale Henry Moore mnie urzekł, chciałam go pożegnać performance’em. I dzięki Moore’owi nasz teatr stał się finisażowym.

Jednorazowość ma swoje plusy i minusy.
Justyna Oleksy:
Minus to fakt, że zawsze zostaje niedosyt. Plusem jest granie zawsze na 100 procent. Wyjątkowe, do trzewi, jedyne, niepowtarzalne.

Jak przekonała Pani innych pracowników?
Justyna Oleksy:
Pani Iwona Bigos, kierowniczka Pawilonu, dodała nam rozpędu swoim bezproblemowym podejściem. Agata Iżykowska-Uszczyk, także edukatorka, dołączyła do Teatru z entuzjazmem. Jest moim głosem rozsądku, a jednocześnie inspiracją, co ogromnie sobie cenię. Podobnie jak obecność w zespole Barbary Przerwy, edukatorki z Muzeum Narodowego, której opowieści o obrazach, pełne czułości, indywidualnego podejścia, doświadczenia i ogromnej wiedzy są dla nas bardzo otwierające.
Jestem niezwykle wdzięczna Muzeum – a więc wszystkim tworzącym tę instytucję osobom – za to, że goszczą Teatr w swoich progach, że pozwoliły mnie i pozostałym członkom Teatru na uwierzenie w to twórcze szaleństwo i zrealizowanie go, że otworzyły się na myśl, że Muzeum może być także pracownią teatralną, że pozwoliły jej w tym miejscu zaistnieć.
Bardzo doceniam, że od wszystkich pracowników Pawilonu Czterech Kopuł – dyrekcji, kierowników, kuratorów poszczególnych wystaw, pracowników merytorycznych, pań opiekunek ekspozycji, państwa sprzątających, pracowników ochrony – otrzymaliśmy pełną akceptację naszych działań, zainteresowanie, wsparcie, a nawet chęć do wejścia z nami we współpracę, w dialog, w proces tworzenia.

I tak „odMOOREowywaliście” wystawę…
Justyna Oleksy:
Tytuł wymyśliła pani Iwona Bigos. Całość stworzyliśmy w 17 dni, była pełna niedoskonałości, ale z ogromnym ładunkiem pasji. Bardzo lubię etap prób zapoznawczych, integracyjnych. Ze względu na presję czasu musieliśmy go jednak pominąć. Poznaliśmy się w akcji, a zespół był ponad 20-osobowy.

Barbara Przerwa: Finisaż był zbudowany z monologów do poszczególnych rzeźb, była to praca z jednym wybranym obiektem, w moim przypadku była to improwizacja taneczna.

Czym są próby zapoznawcze?
Justyna Oleksy:
To etap rozmów, szukania drogi, nazywamy sobie ten czas „obwąchiwaniem”. Całą pracę dostosowuję do dostrzeżonej w wystawie energii. Dodam, że pracując w muzeum, przesiąka się rytmem muzealnego życia, ono urzeka. Wyjątkowe jest obserwowanie, jak powstają wystawy, jak odjeżdżają. Na każdą kolejną idę pełna ciekawości, jakie sensy mnie tam spotkają. Każdy obraz przynosi ze sobą nowe światy, własne konteksty. Moja naturalna reakcja jest teatralna.

W zespole są głównie amatorzy, a amo znaczy kocham.
Justyna Oleksy:
To amatorzy w pierwotnym znaczeniu, rozmiłowani w sztuce.
W procesie tworzenia istotne są dla mnie nie tyle umiejętności stricte aktorskie, co raczej zdolność wniesienia swojej intensywnej obecności do widowiska. Ta obecność właśnie jest budulcem performance’u. Obecność twórcy wobec obiektu sztuki – obrazu czy rzeźby, kontekstu wystawy, sytuacji, widza. To na tym zasadza się nasza metoda.
Te intensywne obecności, których doświadczyłam, niezwykłe osobowości, które udało mi się spotkać podczas przesłuchań, stworzyły specyfikę finisażu wystawy Moore’a. Nasz spektakl był odpowiedzią na charakter ekspozycji, na który składały się poszczególne rzeźby, z których każda była bardzo osobna: pojedynczy akord estetyki. Dlatego więc rację bytu miały monologi, pojedyncze istnienia, głosy pojawiające się i gasnące.

Jak więc pracowaliście?
Justyna Oleksy:
Uczestnicy już w trakcie przesłuchań do zespołu, 10 stycznia 2019 roku, zostali oprowadzeni po wystawie. W ramach drugiego etapu „castingu” przygotowali swoją teatralną reakcję na wybraną rzeźbę. „Zahaczali” o impuls wysyłany przez dzieło. Te pomysły, bardzo często niemal gotowe, znalazły się w ostatecznym widowisku – wędrówce między rzeźbami, od aktora do aktora. Zaprosiliśmy też publiczność – mimo styczniowego chłodu – na zewnątrz, bo wystawa ta miała także epizody ekspozycji zewnętrznej. Moore był intensywny, scalił ekipę.

Agata Iżykowska-Uszczyk: Zaczęłam pracę w Pawilonie dokładnie tego samego dnia, co Justyna, więc jesteśmy w muzealnym świecie można powiedzieć wspólnie od początku. Każda wystawa czasowa, która pojawia się w muzeum, jest więc przez nas wspólnie „obwąchiwana”, zanim przedstawimy ją pozostałym członkom Teatru Czterech. Każda z nas oprowadza w nieco odmienny sposób, Justyna jest, jak to sama lubi się określać, „Panią od cytatów”, poszukuje wypowiedzi artystów i odsłania przed członkami teatru biograficzne smaczki na wystawie czasowej, ja czuję się lepiej w ujęciu kulturoznawczym, kontekstowym, bardzo często wychodzącym poza pojedyncze dzieło. Ten nasz wspólny kolaż bardzo często przedstawiamy na pierwszych próbach wokół nowej wystawy.

Anna Lorenc: Jestem biologiem i architektem krajobrazu, będę realizować historyczne założenie przy Moście Pomorskim, projektowałam dziedziniec Ossolineum z cisami, grabami i różami. Najciekawsza dla mnie jest działalność Teatru Czterech, najbardziej rozwijająca, kreatywna. Nasz zespół pod kierunkiem Justynki Oleksy złożony jest ze wspaniałych, kreatywnych, różnowiekowych ludzi o różnej profesji, współpracujących ze sobą i pełnych sympatii. Wszystkie wydarzenia były bardzo ważne, różnorodne, inne w swej istocie, tak jak każda wystawa w Muzeum. Praca w Teatrze Czterech daje mi rozwój intelektualny, odkrycie samej siebie w starszym wieku i pozwala cięgle się rozwijać na różnych płaszczyznach sztuki, o czym nawet nie śmiałam marzyć… Wszystkie wydarzenia były bardzo ważne, każde w innym klimacie i w innej formie. I nie są powtarzalne, tak jak nie jest powtarzalna każda wystawa w Muzeum.

Dominika Jaenel: Myślę, że bardzo ważne jest to, jak odbieramy świat, który nas otacza, jak bardzo emocjonalnie wpływa na nas sztuka. Każdy kolor, kształt, ruch czy emocje wypowiedziane w obrazie, rzeźbie itp. Sztuki wizualne oraz performance dają nam możliwość przekazania widzowi szeroko rozumianej sztuki naszymi oczami. Zwykłemu człowiekowi przybliżyć twórczość danego artysty, pomóc w interpretacji, namalowany obraz przedstawić ruchem, tańcem. Sztuki wizualne i performance pobudzają do myślenia, skłaniają do refleksji, uczą kreatywności. Forma takiej pracy sprzyja nie tylko pobudzeniu widzów, ale także nas, aktorów.
Cudowne jest to, że mimo pojedynczych scen cały czas pracujemy razem w grupie. W takim rodzaju sztuki trzeba być czujnym, obserwować się i wyczuć siebie nawzajem. Otworzyć swoją głowę i uruchomić kreatywność.

Lesław Zamaro: Ważne jest słuchanie siebie i innych, i „niebanie się” wędrowania po ścieżkach, którymi nikt nie chodził. „Od x do 0 – moje wędrowanie od Teatru Karawana do Teatru Czterech” – taka refleksja mi się pojawia.

Krzysztof Gandecki: Pożegnanie dzieł, których możliwe że więcej nie zobaczymy, jest warte każdej poświęconej temu chwili. Sama forma pracy nad spektaklami daje dużo wolności i możliwość dania do całokształtu czegoś od siebie. Przy nowym „temacie” Justyna oprowadza nas po wystawie, otwiera „szczegółami technicznymi”, karmi głowy i pozwala im swobodnie baraszkować. Taka burza mózgów trwa praktycznie przez cały okres przygotowywania spektaklu, na każdej próbie tworzą się nowe pomysły i koncepcje, różne podejścia do przerabianego w danej chwili motywu. To jest nieskończona robota.

Muzeum i Teatr się dopełniają?
Agata Iżykowska-Uszczyk:
Na co dzień zajmuje się pracą z młodzieżą, dziećmi i dorosłymi, oprowadzam, przygotowuję wykłady i lekcje sztuki. W swojej pracy kładę też mocny nacisk na tworzenie muzeum dostępnego, dlatego zależy mi, aby każde działanie tworzone w Pawilonie było skierowane do wszystkich potencjalnych grup odbiorców.
Uważam, że sztuki wizualne czy performance są ważne, ponieważ mają moc wyzwalania niesamowitych pokładów kreatywności, są też – jak pokazuje moje doświadczenie – punktem zapalnym do szerszych rozmów, dyskusji i rozważań. Bowiem w Pawilonie nie interesuje nas tylko estetyka dzieła, ale również – a może nawet bardziej – to specyficzne poruszenie, które ona wywołuje, ta emocja, jednostkowy zachwyt, który pojawia się w kontakcie z dziełem. W praktyce Teatru Czterech to jest również ważne, chcemy stworzyć takie widowisko, które będzie wywoływało to specyficzne poruszenie, zachwyt, oczywiście nie przysłaniając walorów artystycznych samego dzieła. Więc chyba w moim przekonaniu takim wydarzeniem, które było najważniejsze, rozwijające i właśnie poruszające się w sferze tego jednostkowego zachwytu, było nasze ostatnie widowisko Rajskie jabłuszka.
Osobiste historie, które uzupełniały i tak poruszające dzieła Doroty Nieznalskiej, Jörga Herolda czy Katariny Pirak Sikku. Myślę, że praca nad znalezieniem tego poruszenia, nie zatracenie się w pewnej rutynie praktyki teatralnej, to jest najciekawsze.

Barbara Przerwa: Teatr Czterech wnosi w działalność Pawilonu Czterech Kopuł nową jakość. Wszystko w naszym życiu kiedyś się kończy – więc dlaczego z tego „kończenia” nie zrobić święta. Pomysł przygotowywania przedstawień teatralnych z okazji finisażu wystawy jest ideą fantastyczną i tu chylę czoła przed Justyną Oleksy, autorką tego genialnego przedsięwzięcia. Natychmiast zakochałam się w tym pomyśle. Spektakl zamykający wystawę daje możliwość nam, pracownikom muzeum, odświętnego zamknięcia konkretnego projektu, a widzom godnego i bogatego w formie podsumowania przeżyć i wrażeń wyniesionych z wystawy.

Katarzyna Mazurkiewicz: Sztuka sama w sobie jest ważna. Karmi to, co najkruchsze i najtkliwsze, czyli duszę. Zabarwia codzienność. Porusza, wprawia w drżenie albo – wręcz przeciwnie – koi, co niespokojne i rozedrgane. Obcowanie ze sztuką nadaje życiu głębi, pozwala zachować balans. Performance daje możliwość wyrażenia siebie i postrzegania rzeczywistości przez praktycznie wszystkie rodzaje kreacji. Performance jest kreacją. W Teatrze Czterech działamy słowem, ruchem, obrazem, muzyką. Poruszamy wszystkie struny naszej wrażliwości i, mam nadzieję, przynajmniej w jakimś zakresie przekazujemy tę wrażliwość widzom.
Dla mnie najpiękniejszy jest czas tworzenia, dochodzenia do tego, co kończy się finisażem. To etap wzajemnego inspirowania się, otwierania, poszukiwania. Mam poczucie, że jesteśmy ciałem idealnym, którego sercem jest Justyna, oczywiście. Sercem, ale nie mózgiem. Nikt tu nic nie narzuca, nie ma jednej wizji. Bierzemy od siebie i dajemy w idealnych proporcjach.

Co więc daje performance?
Tetiana Lemesheva: Sztuka jest dla mnie formą życia. Dla mnie osobiście każdy szczegół jest ważny, każde słowo, ruch, pociągnięcie pędzlem na płótnie, wygląd, perspektywa, myśl. Prosta odpowiedź to – absolutnie wszystko.
Ale moją główną inspiracją są ludzie. I jestem szczęśliwa, że Teatr Czterech przyjął mnie do swojego kolektywu, ponieważ ci ludzie są wyjątkowi. Każdy indywidualnie i wszyscy razem. Proces tworzenia spektaklu w Teatrze Czterech jest rytuałem. Wiruje w nas bardzo silna energia.
Przyjechałam tu z Ukrainy, gdzie ukończyłam Uniwersytet Teatralny jako aktorka w teatrze lalek. W Polsce pracuję jako nauczycielka tańca dla dzieci i animatorka. Planuję rozwijać się dalej, zagłębiać się w sztukę. Staram się, aby sztuka była również moją pracą, ponieważ pracy poświęcamy większość naszego życia.

Maciej Makosch: Dziedziny twórczości artystycznej podlegają ciągłemu procesowi zmian. Podążają za człowiekiem, wymagającym widzem, oceniającym. Wychodzą mu naprzeciw, chcąc go zaspokoić, proponować nowe. Performance uczy mnie pewności siebie, ale także pokory wobec widza, przed którym staję sam, będąc jednocześnie elementem całości, czegoś większego. Odczuwam to bardzo cieleśnie, namacalnie.
Prowokuję sytuację artystyczną i do końca nie wiem, jak się zakończy. Tu dużo do powiedzenia ma oglądający. Poznanie wystawy, jej dogłębna analiza, oswojenie, dotarcie do dzieła sztuki, rozmowy i przemyślenia, intymność, zmiana tego, co wcześniej ustalone, i końcowa decyzja – to trwa, to jest dla mnie interesujące i twórcze.
To radość bycia z dziełem sam na sam (z zawodowych względów jest to dla mnie genialne). Spotkania z grupą Teatru Czterech to dodatkowy bodziec, dla którego po pracy przedzieram się przez miasto do Kopuł, zagryzając korki (tym wyrażeniem nawiązuję do ćwiczeń artykulacyjnych). W spektakle wkładam siebie, nie od razu wiedząc, co wyciągnę i dam. Są tak samo ważne, są „współmoje” (tak o nich myślę). A w pamięci mam pierwsze spotkanie z Justyną Oleksy, Agatą Iżykowską-Uszczyk oraz Iwoną Bigos (ja jeden, one trzy!). Umówiłem się z paniami na rozmowę tuż po pierwszym teatralnym zamknięciu wystawy rzeźb Henry’ego Moore’a.
„Pan coś przygotował dla nas, a może najpierw oprowadzę pana po nowej wystawie, pan wybierze sobie jakiś obraz i przygotuje etiudę” – powiedziała Justyna. Zgodziłem się oczywiście na indywidualne oprowadzanie. Już po tygodniu był mały występ przed paniami (również tymi pilnującymi sal wystawowych i kilkoma zwiedzającymi). Dałem radę! Miło wspominam performatywny finisaż Stop Senster. Maszyna. Przeczuła, na przygotowanie którego mieliśmy tylko kilka lipcowych dni. To był spektakl dla Senstera, o Sensterze, z Sensterem. Wyłączenie tego „czułego potwora” było wzruszające.

Anna Machowska: To właśnie z tańca współczesnego wzięło się u mnie zamiłowanie do sztuk wizualnych. Stanowią one bodźce do rozwoju, tworzą przestrzeń do odkrywania w sobie (i na świecie) nieznanych terytoriów. Zarówno dla aktora, jak i widza, performance to chwila bycia „tu i teraz”, gdyż poza zarysem scenariusza istnieje możliwość spontanicznej reakcji (z dowolnej strony). Wymaga to skupienia na chwili obecnej, wejścia całym sobą w akt, który się w danym momencie dokonuje. Tym pełniej realizuje się idea zmiany, pobudzenia przez sztukę, że wymaga autentycznej obecności w innym wymiarze. Bardzo trafnie podsumowuje to Victor Turner, który mówił, że człowiek rośnie przez antystrukturę, a utrwala się przez strukturę. Performance jest moim zdaniem rytuałem, antystrukturą, którą potem można wykorzystać do własnej ewaluacji.
Dla mnie osobiście jest to też indywidualna droga szukania odwagi do odkrywania i dzielenia się tym, co mam w sobie. Tworzenie sztuki uważam za samodzielnie przeprowadzaną terapię. Przełamywanie barier, a w konsekwencji pełnię radości z bycia ze sobą. Spełnianie się.

Agnieszka Przyborowska-Mitrosz: Wydaje mi się, że to, co pokazuje Teatr Czterech, przybliża ludzi do sztuki, która często przez to, że nie jest zwykłymi portretami czy krajobrazami, odstrasza, a ludzie, chcąc zobaczyć performance wśród obrazów, przychodzą do muzeum, a potem chętniej wracają. Według mnie to ważne w życiu, żeby poszerzać horyzonty. W formie Teatru Czterech zaciekawiło mnie przede wszystkim występowanie wśród ludzi. To już nie stanie na scenie, gdzie oślepiają reflektory i tylko publiczność cię słyszy, to bycie wśród ludzi, widzenie choćby kątem oka ich reakcji, niesamowita sprawa.

Krzysztof Gandecki: Performance i sztuki wizualne – czy ważne? Dla mnie słowem-kluczem w tym pytaniu jest sztuka, która w obecnych czasach ma – przynajmniej dla mnie – jeszcze większe znaczenie niż kiedyś. Będąc osaczonym ze wszystkich stron sztandardami, szablonami i wszechobecnymi schematami, przy performansach Teatru Czterech odpoczywam od tego „potoku bełkotu”. Sama forma Teatru Czterech jest genialna, jednorazowa i niepowtarzalna. Ludzie, którzy w tym uczestniczą całym sercem i duszą, to taka nieskończona energia, która roznosi banał na kawałki, a błysk w oczach każdego z uczestników nakręca jeszcze bardziej.

Agnieszka Przyborowska-Mitrosz: O castingu do Teatru Czterech dowiedziałam się od przyjaciółki i zapisałyśmy się razem. Wtedy już od dwóch lat aktorstwo było jednym z moich hobby, więc takie wyzwanie to były jak najbardziej moje klimaty. Uwielbiam występować, uczęszczałam na kursy teatralne kończące się przedstawieniami, zdarzyło się parę epizodów we wrocławskich produkcjach, więc taka nowa forma teatralna była bardzo intrygującym wyzwaniem.

Barbara Przerwa: Każdy rodzaj sztuki jest ważny, ale i każda epoka ma swój rodzaj przewodniego medium. Współczesny świat artystyczny pragnie łączyć w sobie wszystkie rodzaje działalności człowieka na polu sztuki, a współczesny odbiorca chce chłonąć tę sztukę wszystkimi zmysłami! Praca w Teatrze Czterech to właśnie takie smakowanie sztuki. Patrzysz na dzieło sztuki i na siebie, co ONO mi robi, jak na mnie działa, jakie wywołuje wrażenia, uczucia… – i co dla mnie najważniejsze – obserwujesz reakcje swojego ciała na dany obiekt.
Ponieważ pracuję z ciałem, tańczę intuicyjnie, to właśnie odczucia z ciała są w centrum mojej uwagi. Szukam wspólnych z wystawą kontekstów i badam zakresy ruchu. To moje ciało opowiada, jak przeżywam spotkanie ze sztuką – i do tego zapraszam widzów. Praca nad przygotowaniem przedstawienia w Teatrze Czterech to wspólny proces twórczy i to jest wspaniałe! Każdy aktor może mieć wpływ na kształt, formę, przebieg spektaklu.

Gustaw Małecki: Ciekawe w tej formie jest fermentowanie twórcze z twórczymi i wspaniałymi kolegami i koleżankami, w otoczeniu wybitnych dzieł sztuki, chodzenie w skarpetkach po miejscu, gdzie w ciągu dnia chodzi się w „lakierkach” – i ogólnie – alternatywność zjawiska.

Mieliście niedawno pokazać performance Uważaj, o czym marzysz na zakończenie krakowskiej prezentacji „Grupy Krakowskiej 1932–1937”. Szkoda, że się nie udało.
Justyna Oleksy:
Wystawę po odsłonie wrocławskiej zaprezentowano w kamienicy Szołayskich w Krakowie pod nieco zmienionym tytułem: „Idzie młodość! I Grupa Krakowska”. 15 marca miał się odbyć finisaż w naszym wykonaniu. Do krakowskiego wyjazdu byliśmy już gotowi. Miała to być ta bezprecedensowa sytuacja, kiedy zagralibyśmy spektakl więcej niż jeden raz. Odbyła się już generalna próba. Odprawieni, spakowani, gotowi…
Pozostał ogromny niedosyt… i transparent, którym planowałam przywitać aktorów na dworcu w Krakowie: „Uwarzaj, (o czym) mażysz”.
Ekspozycja I Grupy Krakowskiej to „gęsta” wystawa, pełna małych, często studenckich prac, odnosząca się do życia społecznego, politycznego i artystycznego tamtych czasów. Na finisażu naszej wrocławskiej odsłony ekspozycji przed niemal rokiem pokazaliśmy maszynę przetaczającą się przez wystawę – kolejno: fabryczną, protestującą – jak strajkujący wówczas robotnicy, uliczną, kobiecą – zwracającą uwagę na sytuację kobiet. Pracę maszyny przerwał wyzwoleńczy taniec Basi Przerwy, manifestujący postawę „i tańczy, i niańczy”. Ela Dudź w stworzonej przez siebie brawurowej etiudzie licytowała dawne wartości, odnosząc się do energii i manifestów futurystów. Zlicytowała nawet – za manifestem Jasieńskiego – „ńeświeże mumje mickiewiczuw i słowackih”.
Sprzedały się za „czterdzieści i cztery”. Maciek Makosch przygotował reinterpretację muzyki Kurta Schwittersa, przywołującej ducha międzywojennego teatru Cricot. Wraz z Różą Gołubowską i Łukaszem Kwilińskim w synestezyjnym akcie „zaśpiewali rzeźbę” – „Kompozycję muzyczną” Leopolda Lewickiego. Do praktyk Cricotu odnieśliśmy się także, malując na sobie kostiumy w finałowej, zewnętrznej części widowiska.

Barbara Przerwa: Drugie przedstawienie to była niezwykła, wielka impresja całego zespołu w odpowiedzi na tematy, idee poruszane na wystawie prac Grupy Krakowskiej. Doświadczenie wyjątkowo głębokie, mocno osadzające w procesie twórczym, a jednocześnie otwierające na drugiego człowieka.

Hucznie świętowaliście 3. urodziny Pawilonu?
Justyna Oleksy:
Tak, zagraliśmy Na białym wszystko widać. Tym razem wsłuchaliśmy się w głosy nie tylko dzieł sztuki, ale pracowników, przede wszystkim pań opiekunek wystawy, panów z ochrony, państwa sprzątających. Aktorzy przeprowadzili z pracownikami wywiady, pytając o charakter tego miejsca oraz specyfikę pracy w Pawilonie. To zbudowało wzajemne więzi członków Teatru Czterech z osobami obecnymi na co dzień w muzeum. Teraz się znają, rozmawiają, mają swoje historie, relacje. To bardzo cieszy.
Widowisko zaczęło się w kopule północnej. Każdy aktor stworzył swoją etiudę wokół wybranej rzeźby. Etiudy te działy się symultanicznie, widzowie weszli więc do pulsującej akcją przestrzeni kopuły. Zależało nam, by odbiorcy odważyli się wejść do poszczególnych zakątków, przełamać barierę aktor-widz. Staraliśmy się ich prowadzić, przełamanie konwencji było trudne, ale z czasem widzowie się odnaleźli się w tej sytuacji i pozwalali sobie nawet na małe interakcje z aktorami. Droga zaprowadziła nas na zewnątrz Pawilonu, gdzie wraz z Rycerzami Króla Artura utworzyliśmy krąg, zapraszając do muzealnej wspólnoty.

Performance to nie jest praca nad gotowym scenariuszem, prawda?
Justyna Oleksy:
Nigdy. Ale jest to refleksja nad kuratorskim zamysłem wystawy, próba zinterpretowania go, skomentowania. Przede wszystkim jednak jest to postawienie obecności swojej wobec obecności dzieła, obrazu czy rzeźby. Ta konfrontacja bywa naprawdę twórcza, szarpiąca.

Nowoczesnym z założenia wydarzeniem było Biennale Sztuki WRO.
Justyna Oleksy:
Były wakacje, mieliśmy odpocząć, ale twórczy niepokój zagnał mnie do Senstera. Z tego niepokoju powstał finisaż Stop Senster. Maszyna przeczuła. Maszyna stała na dziedzińcu i reagowała na dźwięk. Wobec naglącego terminu finisażu posłużyliśmy się znaną nam formułą pojedynczych monologów, jednak – w odpowiedzi na mechaniczną naturę maszyny – zapętlonych. Każdy, kto zdecydował się wejść ze mną w to szaleńcze przedsięwzięcie, zinterpretował Senstera według swojej wrażliwości i doświadczeń. Dominika Wesołowska w tanecznej formie przeniosła na Senstera bogactwo uczuć dla zwierząt. Posłużyliśmy się także robotami z Bajek Lema, ale i prawami robotyki, które przyniosła nam na próbę Aga Przyborowska-Mitrosz i które stworzyły nam rytm widowiska. Przyczynił się do niego także wyraźnie performance Gustawa Małeckiego. Sięgnął on nieco przekornie po kamienie, w których tkwiło na środku dziedzińca prawdziwe, żywe drzewo (również fragment wystawy). To w jego stronę koniec końców, gdy zasnął Senster, się zwróciliśmy. Akcję zapętlonych performance’ów powtórzyliśmy – jak roboty – prawie sześć razy.
Przerwało nam wyłączenie Senstera, wciśnięcie guzika „STOP SENSTER”, dokładnie w minucie zamknięcia wystawy.

Wystawa „po/wy/miary” to była trudna wystawa, wymagająca od widza wytrzymałości psychicznej.
Justyna Oleksy:
Podeszliśmy do niej bardzo emocjonalnie. Posłużyliśmy się metaforą skradzionego z raju jabłka, życiorysów przerwanych wśród sielskich krajobrazów, które początkowo, pozornie niewinnie, fotografowane były przez badaczy Instytutu Niemieckich Prac na Wschodzie. Odnieśliśmy się do także do Umarłej klasy Kantora. Współpraca z Zespołem Śpiewaczek Miejskich „Zdrada Osiedla” przyniosła nam niezastąpione dla tego kontekstu dźwięki, które stały się klamrą spektaklu. Ten proces tworzenia miał w sobie dużo magii. Zagrało w nim niemal 100 kilogramów jabłuszek… i całe mnóstwo naszych, bardzo prywatnych, emocji.

I znaleźliście nowych aktorów. Po co? Zespół i tak był duży.
Justyna Oleksy:
Tak, ale pracujemy w różnych składach, bo niektórzy czasem nie mogą wejść w kolejne procesy twórcze z powodu nawału pracy zawodowej czy nauki. W rocznicę pierwszych przesłuchań zasiedliśmy w trzynaście osób, by posłuchać chętnych do zespołu.
Szukaliśmy „chuliganów”. Oczywiście w przekornym, twórczym znaczeniu. Udało się. I teraz, kiedy Teatr Czterech ze względu na sytuację jest teatrem czterech ścian, nie możemy się doczekać, by wrócić do wspólnej pracy. Do naszych wtorkowych rytuałów – prób.
To zawsze przeżycie wręcz transcendentalne, ale i intelektualne. Ogrom tekstów kultury, kontekstów, pretekstów, w które się zanurzam we wtorki i ten kolaż osobowości w Zespole – te światy są uzależniające. Ja z tego czerpię, chłonę te intensywności, wyjątkowości. Żyję tym – naszym tworzeniem i naszymi relacjami. To twórczy konglomerat, każdy wnosi niezwykłe, ważne, osobne, a koniec końców tworzące nasze – wspólne. Teatru Czterech.
Za to im jestem wdzięczna. Każdemu. Wszystkim.

Wkrótce miała się zakończyć wystawa „Michael Willmann. Opus magnum”. Co planowaliście?
Justyna Oleksy:
To się rodzi, ma roboczy tytuł Nasze bogi. Chcemy odejść od barokowego tła, pójść w stronę naszych
„bogów”, bardzo prywatnych, naszych pojedynczych rytuałów, i przetestować ich możliwość stania się zbiorowymi. To nasze ubogie „bogi”, co to „zostawiają skrzydło pod wychodkiem”, jak anioł w piosence Mai Kleszcz z tekstem Agaty Dudy-Gracz odnoszącej się do polnych, prowincjonalnych bogów z obrazów jej ojca.

Na teatr, na performance, na każdy rodzaj sztuki pandemia też ma swój wpływ. To może być zupełnie inna opowieść niż ta planowana, choćby w najogólniejszych zarysach…
Justyna Oleksy:
Ta sytuacja niewątpliwie wpływa na zasób lęków, tęsknot. Nie wiem, w którą stronę się potoczy także nasza praca. Już są pytania, czy czas prezentacji wystawy będzie przedłużony. Wystawa i nasze emocje wobec niej – to jest żywe, to wrzenie. Chcemy już do niego wrócić.

Dominika Jaenel: Jak dotąd miałam przyjemność uczestniczyć w próbach do dwóch spektakli tego typu. Niestety z powodu obecnej sytuacji w Polsce i na świecie nie było możliwości wystąpienia.
Mój plan? Nie poddawać się i zawsze walczyć do końca. Wziąć udział w kolejnych tego typu spektaklach, ponieważ jest to luźna, a zarazem bardzo oryginalna i wyrazista forma przestawienia sztuki, w stały kontakcie z człowiekiem: widzem, bądź aktorem.

Rozmawiała Małgorzata Matuszewska

■ Więcej o Teatrze Czterech ➸

 

print