Rozmowy Małgorzaty Matuszewskiej:
„Artysta nieprofesjonalny tworzy rzeczy wyjątkowo oryginalne”

Marta Derejczyk, kuratorka ekspozycji „Otwarty teren sztuki”, opowiada o wyjątkowej potrzebie tworzenia artystów nieprofesjonalnych, a także o tym, co ich interesuje.

Gdyby chciała Pani zainteresować kogoś, kto nie przychodzi na wystawy do Muzeum Etnograficznego, ale chętnie odwiedza większe ekspozycje w Muzeum Narodowym, jakich użyłaby Pani argumentów?
Zachęciłabym, żeby sam dał sobie szansę i spotkał się z czymś, co może go zachwycić. Żeby zobaczył, co tworzą artyści spoza głównego nurtu, czym się inspirują, jak wyglądają ich prace. W naszym regionie pracują bardzo specyficzni twórcy, bo właściwie nie ma rynku sztuki ludowej. Artystów tworzących na Dolnym Śląsku, których prace pokażemy na wystawie, trudno nazwać ludowymi, kompromisowo mówimy więc o nich artyści nieprofesjonalni.

Co to znaczy?
Artyści ludowi tworzyli w innych warunkach, dla innej społeczności, byli dużo bardziej przez nią akceptowani. Tworzyli, często według wzorów regionalnych, przede wszystkim rzeczy użytkowe: świątki, elementy zdobnicze. Jan Zając, którego prace zobaczymy w Muzeum Etnograficznym, sam powiedział, że nie jest ani Nikiforem, ani Witem Stwoszem, czyli: „mam za małe umiejętności, by nosić miano profesjonalnego rzeźbiarza, a za wiele wiem, by być twórcą naiwnym”.
Są w specyficznej sytuacji, także dlatego, że nie ma dużego zainteresowania tak zwanymi ludowymi wyrobami artystycznymi. Tworzą więc często rzeczy bardzo oryginalne, dla siebie, dla swojej rodziny, najbliższych. Malują i rzeźbią to, co ich najbardziej interesuje. Kilku z nich bierze udział w przeglądach sztuki ludowej, ich prace zbliżają się bardziej do tego, co kojarzy się z rzeźbą ludową. To twórcy pracujący w ostatnich latach, ich działalność nie jest zamkniętym rozdziałem. Wciąż można spotkać twórców, którzy na co dzień są rolnikami, a w domu np. malują. Często zaczynają malować dopiero wtedy, kiedy są starsi i przestają pracować na gospodarstwie. Ale nie zawsze, np. Jerzy Lemiszka, którego prace pokażemy, wciąż pracuje na roli. Wszyscy nasi twórcy pochodzą z Dolnego Śląska, poza Jarosławem Furgałą, obecnie mieszkańcem Brzegu w województwie opolskim, to zresztą najbardziej znany twórca, prezentowany na naszej wystawie. Chcemy pokazać go jako artystę aktywnie tworzącego, bo skończył w tym roku 100 lat, a ciągle tworzy.

Musi mieć niezwykły hart ducha.
Główną ideą naszej wystawy jest organiczna potrzeba tworzenia, która im ciągle towarzyszy i jest bardzo silna. Odkąd Jarosław Furgała nie mógł już rzeźbić, zaczął robić dioramy z papieru, teraz maluje też akwarele.

Co interesuje tworzącego stulatka?
Wspominanie swojej przeszłości. Nic dziwnego, bo wiódł ciekawe życie. Pracował w wielu zawodach, był aktywistą. Kiedy zaczynała się II wojna światowa, akurat skończył szkołę hotelarską w Warszawie. Potem był magazynierem, księgowym, instruktorem, opiekunem świetlicy, pracownikiem działu socjalnego. Szybko stał się artystą ludowym.
Znaną postacią jest też Władysław Żukowski ze Środy Śląskiej, natomiast pozostali twórcy będą niewątpliwie odkryciami dla odwiedzających muzeum, bo dla nas też stali się odkryciami.

Co starają się przekazać w swojej sztuce?
Bardzo ważne są dla nich wątki lokalne i związane z ich własnym życiem. Są bardzo mocno zakorzenieni w swoich wspomnieniach, w historii rodziny, lokalności, miejsca, w którym mieszkają. Np. Zbigniew Sarna malował Zamek Grodziec, blisko którego mieszka. Zbigniew Kazimierski jest szachistą, twierdzi, że nauczył swoje koty grać w szachy, maluje przede wszystkim koty grające w szachy. Wszyscy są bardzo ciekawymi osobami. Na wystawie będzie można o nich poczytać i zobaczyć, co tworzą. W twórczości pojawiają się postaci z historii rodziny, albo typy wiejskie – to popularny temat.

Skąd się wziął?
Wynika z tego, że twórcy utrwalają przeszłość, która już nie wróci, a w ich wspomnieniach zachowała się jako miejsce wypełnione m.in. muzykantami wiejskimi.

Dolny Śląsk jest ważny w ich twórczości?
Tak, widać skomplikowanie losów i zawiłości tożsamościowe. Twórcy odnoszą się do historii rodziny. Tej przywiezionej, a w pracach twórców urodzonych już na Dolnym Śląsku widać, że ten region i zakorzenienie w nim jest dla nich ważne. Czują się tutaj u siebie, odnoszą się do lokalnych wątków, mitów, legend, architektury, np. zamkowej. Każdy sobie z tym tematem próbuje poradzić po swojemu. Dla jednych jest ważna przyroda, zwierzęta, dla innych architektura, opowieści. Wszystko się przeplata.

Czym się zajmuje Fundacja Ważka, z którą współpracuje Muzeum Etnograficzne?
Badaniami terenowymi na Dolnym Śląsku, dokumentowaniem twórców nieprofesjonalnych, przeprowadzaniem wywiadów. Założyłam Fundację Ważka razem z koleżankami, jeździmy od 2012 roku na badania terenowe, zajmowało nas nagrywanie muzyków, twórców plastyków, rękodzielników. Tą wystawą podsumowujemy dłuższy etap badań, pokazując najciekawszych twórców, najbardziej oryginalnych malarzy i rzeźbiarzy, spotkanych w naszej pracy.

To były odkrycia?
Tak, bardzo duże. Wyruszając w teren, nie wiemy do końca, czego się spodziewać. Istnieje przekonanie, że niektórych rzeczy już nie ma.

Czego?
Często uważamy, że nie ma już wynikającego z autentycznych potrzeb oryginalnego malarstwa albo rzeźby, bo wszyscy mają inne zajęcia, telewizory, radia, najwyżej chodzą do domu kultury. Okazało się, że istnieje bardzo duża potrzeba indywidualnej ekspresji artystycznej i jest ona realizowana w bardzo różny sposób. Zafascynowało nas odkrycie osób będących wielkimi indywidualnościami i tworzących ciekawe rzeczy. Udało nam się wytypować kilkanaścioro, których trzeba koniecznie zaprezentować.
Wśród nich jest m.in. Weronika Skiba z Nowej Wsi Legnickiej – wizjonerka malująca swoje sny, a także poetka, jest też Janina Kloc z Lubowa koło Góry Śląskiej – malarka. Maluje, mimo że jako dziecko przeszła udar i do tej pory ma trudności z mówieniem. Miała kłopoty motoryczne, pracując pędzlem wyćwiczyła rękę. Dziś maluje bardzo dużo, startuje w różnych przeglądach i konkursach, a w domu ma całą ścianę wymalowaną w duże kwiaty. To twórczość kojarząca się np. z Zalipiem (Zalipie to małopolska wieś, znana z kolorowych zdobień domów – przyp. red.), a my odkrywamy ją blisko Wrocławia.

Kolekcjonuje Pani prace?
Nie. Mam tylko pojedyncze, np. pracę Bogdana Ziętka, który pokazał u nas swoją wystawę, a muzeum nie mogło kupić jego rzeczy. Wiedziałam, że twórca bardzo potrzebuje pieniędzy, zapytałam więc, czy zechce coś sprzedać. Muzealnicy nie powinni kolekcjonować tego, czym się profesjonalnie zajmują, ale mam pojedyncze rzeczy.

Nieprofesjonalni twórcy zwykle chyba nie są zamożnymi ludźmi.
Rzadko sprzedają, a są zbyt często przekonani, że nikt nie kupi ich prac, bo nikomu nie spodobają się aż tak bardzo, żeby chciał je mieć. Na szczęście bywa wręcz przeciwnie. Chcemy ich zaprezentować jako pełnoprawnych artystów, nie chcemy, by byli wystawiani tylko na festynach i jarmarkach, niczego oczywiście nie ujmując tym imprezom.

Powinni się jednak pokazywać w szerokim gronie?
Powinni funkcjonować w różnych kontekstach. Wystawa sprawi, że zobaczą swoje prace w stolicy regionu, w którym mieszkają, zestawione z innymi pracami. Chcemy ich pokazać jako artystów. Z doświadczenia wiemy, że prezentacja prac w muzeum nobilituje ich twórcę nie tylko we własnych oczach, ale też zaczyna być on postrzegany uważniej przez społeczność, w której żyje. Bywa, że takim artystą zaczynają się interesować miejscowe władze, lokalny dom kultury. Tak jest np. z muzykami, których nagraliśmy w domu, bez żadnej aranżacji, jak Bronisława Chmielowska, Stanisława Latawiec, Michalina Mrozik. W środowisku ci muzycy są znani od dawna. Teraz mają nagrane płyty, niekiedy nagradzane przez Polskie Radio, a to ich nobilituje, sprawia, że ich twórczością zaczyna się interesować młode pokolenie.

Chyba jedne z najciekawszych prac tworzą reemigranci z Bośni?
Jedna z osób, których prace pokażemy, jest potomkiem reemigrantów z Bośni. To jest wręcz skarbnica tematów, bo tak, jak muzyczne tradycje górali czadeckich są dobrze udokumentowane i zachowane, to przywiezione przez reemigrantów z Bośni do Polski już nie. Tradycja serbska, czyli to, czego nauczyli się na Bałkanach, na Dolnym Śląsku długo było uważane za obcy element. Po prostu wykonanie muzyki zakorzenionej w tej tradycji nie było dobrze widziane. Zainteresowanie twórczością reemigrantów dotyczy najczęściej ich polskiego repertuaru, który przywieźli do Bośni z Galicji. To piękny, stary repertuar, wart ciągłego odkrywania, ale dla nas najbardziej interesujące jest wymieszanie wielu kultur. Wciąż jednak za właściwsze uznawane jest czyszczenie wątków, sprowadzanie ich do wątku regionalnego. Ale warto zauważyć, że na Dolnym Śląsku mamy wyjątkowo bogatą różnorodność, tu przecież spotykają się różne wpływy.

Zmieniają ludzi i ich sztukę?
Historia pojedynczego człowieka może pokazać, że różne wpływy kulturowe w jego życiu mogły wpłynąć na to, jakim jest człowiekiem, w jaki sposób tworzy, co osobiście go dotyka. Trudno uprościć wszystko do jednego kanonu i regionalnego wzorca. Artyści nieprofesjonalni pokazują swoje oryginalne, indywidualne historie.

Rozmawiała Małgorzata Matuszewska


Od soboty 26 października 2019 zapraszamy do Muzeum Etnograficznego we Wrocławiu na wystawę „Otwarty teren sztuki”. Więcej informacji ➸

 

print