O początkach fotografii

Z okazji Światowego Dnia Fotografii, obchodzonego 19 sierpnia, kilka ciekawostek o jej początkach. 181 lat temu, w roku 1839, zapalony eksperymentator opętany wizją zatrzymania czasu na obrazie zademonstrował Akademii Francuskiej swój wynalazek. Louis Jacques Daguerre pokazał niepozorne, niewielkich rozmiarów, połyskujące, srebrne płytki. Ich szczelna oprawa zdradzała, że musi to być coś specjalnego. No i ten błysk…

Prawdziwa magia pojawiała się jednak dopiero, gdy oglądający podszedł do płytki bliżej, wówczas ukazywało mu się coś niezwykłego – szczelnie zamknięta za szkłem chwila, dokładna kopia tego, co znajdywało się przed obiektywem aparatu. Wspaniałe było to, że nareszcie dało się uwiecznić postać ukochanej osoby, bez potrzeby zatrudniania malarza, wynalazek zaś był znacznie bardziej dostępny, a przede wszystkim to nowe medium, jak sądzono, niosło prawdę.

Była to jednak prawda zaklęta w jednym unikatowym obiekcie, bowiem dagerotypia jest techniką pozytywową – nie można uzyskać w niej negatywu, z którego później dałoby się wykonać odbitki. Dagerotypy są wiec niezwykle cenne. Każdy z nich jest jeden jedyny na świecie. Dlatego gdy dziś sięgam do zdjęć Hermana Krone, bądź innych dagerotypów nieznanego autorstwa z kolekcji Muzeum Narodowego we Wrocławiu, towarzyszy mi niezwykła mieszanka emocji i poczucie zaglądania do skarbca z klejnotami.

Niesamowita ostrość obrazu sprawia, że zdjęcie wydaje się takie świeże, niczym zrobione całkiem niedawno, a uchwycone postacie niemal żywe. Czuję się jakbym nieproszona wchodziła do świata portretowanych. A przecież wszyscy tacy wystrojeni, oficjalni, przygotowani na bycie oglądanym. Panie w lśniących sukniach z gorsetem, z opadającymi do ramion lśniącymi, sprężynkowatymi lokami bądź elegancko upiętymi koczkami, niemal zawsze z przedziałkiem po środku. Panowie w pięknie skrojonych garniturach, z laseczką w dłoni, schludnie przystrzyżonym zarostem, starannie ułożonymi włosami. I te pozy rodem z malarstwa: ¾ do widza, wyprostowane plecy, pierś dumnie wypięta do przodu, wzrok skierowany na oglądającego (nie wiadomo, kto bardziej patrzy – czy ja na nich, czy też oni na mnie).

Wszystko to okupione dużym wysiłkiem – ubranie i ufryzowanie to jedno, ale czas naświetlania, który wymuszał kilkuminutowy bezruch to druga, kluczowa kwestia dla powodzenia przedsięwzięcia. Gdzieniegdzie widać więc jak matka próbuje na te parę minut (czy w lepszym razie kilkanaście sekund) spacyfikować niesforne dziecko, tu i ówdzie wystają nóżki stojaka mającego podtrzymywać głowę na zmęczonym karku, nieco rozmyte sylwetki mniej wytrwałych bądź nieuważnych zdradzają ich drobne ruchy.

Czasami pojawiają się też atrybuty, jak w przypadku autoportretu Hermana Krone. Fotograf uwiecznił swój wizerunek w otoczeniu przyrządów wskazujących na jego studia astronomiczne. Ale fotografia tego czasu to nie tylko portrety. Jej powstaniu towarzyszyło również pragnienie zreprodukowania innych, istniejących już obrazów oraz wykorzystania jej w nauce. Świadczą o tym np. astronomiczne zdjęcia Hermana Krone czy znajdująca się w naszej muzealnej kolekcji mikroskopowa fotografia ludzkiej wszy.

Zresztą, kampania promocyjna (tak, tak, wiek XIX radził sobie całkiem nieźle z marketingiem), którą prowadził pomagający Daguerrowi François Jean Dominique Arago, w pierwszej kolejności informowała, że dagerotypia to „sposób reprodukowania użyteczny dla nauki, sztuk pięknych i archeologii”. Z tym tylko, że reprodukowanie oznaczające uzyskanie większej liczby kopii niż jedna, oznaczało wykonanie dagerotypu dagerotypu… Trochę mało praktyczne.

To elektryzujące osiągnięcie, jakim było wynalezienie dagerotypii, rozbudziło wyobraźnię kolejnych zapaleńców i już w połowie XIX w. opracowano nową, tym razem negatywowo-pozytywową technikę, która rozwiązywała problem unikatowości. Mokry kolodion umożliwiał wykonywanie odbitek, ale nie znaczy to, że był bez wad. Proces wymagał przygotowania specjalnej emulsji kolodionowej, którą pokrywano szklaną płytę, a następnie spieszono by wykonać zdjęcie nim emulsja wyschnie – jej światłoczułość utrzymywała się jedynie przez kilka minut. Z tego względu np. wykonywanie zdjęć w plenerze wymagało przygotowania swego rodzaju przenośnego laboratorium.

Jednak rezultat wynagradzał wszelkie niedogodności. Był nim obraz tak ostry i bogaty w szczegóły, jak na żadnej wcześniejszej fotografii wykonanej dotychczas istniejącymi technikami. Co więcej, na bazie emulsji kolodionowej można było uzyskać ambrotypię (pod nieco niedoświetloną płytą umieszczano czarny podkład, przez co negatyw stawał się pozytywem), a sama emulsja kolodionowa wykorzystywana była też w ferrotypii (poczernioną żelazną płytkę pokrywano emulsją i następnie naświetlano; technika pozytywowa).

W technice mokrego kolodionu wykonane zostały m.in. widoki Wrocławia autorstwa wspomnianego już Hermana Krone, który odbitki przygotowywał na cienkim papierze albuminowym, wymagającym dodatkowego usztywnienia w postaci nieco grubszego arkusza papieru bądź tekturki. Po raz kolejny zdumiewa tu ostrość i mnogość szczegółów. Jeśli dokładnie się przyjrzymy, odczytamy nawet treść szyldów umieszczonych na budynkach.

Kamieniem milowym stało się opracowanie suchej płyty bromowej, gdzie do stworzenia negatywu również wykorzystywano szklaną płytkę, ale pokrywano ją emulsją bromo-żelatynową, niewymagającą gonitwy z czasem, czułą również po wyschnięciu. Dodatkowo wyższa światłoczułość i skrócony czas naświetlania sprawiły, że fotografia stała się coraz bardziej przystępna dla fotoamatorów i pozwoliła na rozwój przemysłu fotograficznego. Moment ten dzielił już tylko krok do opracowania negatywów celuloidowych, które w jeszcze większym stopniu przyczyniły się do rozwoju medium, które z roku na rok coraz bardziej się demokratyzowało i doprowadziło do tego, że w wieku XX niemal każdy miał już w domu aparat, a na uczelniach artystycznych zaczęły pojawiać się katedry fotografii.

Jednak by zostać uznaną za pełnoprawną dziedzinę sztuki, szanowaną na równi z tradycyjnymi mediami, jak malarstwo czy rzeźba, fotografia musiała trochę powalczyć. Jednym z kroków ku podniesieniu jej statusu było nawiązanie właśnie do malarstwa, co przyniosło bardzo ciekawe osiągnięcia i rozwój tzw. technik szlachetnych. Jedną z ciekawszych i, nie ukrywam, moich ulubionych, była guma chromianowa. Dotychczas, jeśli autor fotografii zapragnął na niej koloru, musiał ją podmalować. W ten sposób czarno-białe oblicza portretowanych ni stad ni zowąd zyskiwały rumiane poliki, czasem też zaróżowione usta.

Guma umożliwiała natomiast stworzenie obrazu o barwach dokładnie tak soczystych, jak rzeczywiste owoce, które uprzednio leżały przed obiektywem. Co więcej, pozwalała na znaczną ingerencję twórcy, tak że zdjęcie mogło zbliżyć się do ekspresjonistycznego malarstwa, jak np. w niektórych kompozycjach Mariana Dederki.

Nie było to wszystko jednak takie proste, gdyż guma wymagała nakładania każdego koloru oddzielnie, warstwami i za każdym razem obraz ponownie naświetlany był stykowo z negatywem. By móc uzyskać kompozycję o zróżnicowanej i głębokiej barwie, fotograf musiał spędzić nad nią długie godziny, dni, a nawet tygodnie! Technika umożliwiała co prawda wykonanie odbitek, tzn. ponowne użycie wykonanego wcześniej negatywu, ale efekt końcowy zawsze był jeden jedyny, niepowtarzalny.

Niekwestionowanym mistrzem gumy był Henryk Mikolasch. Niebieska flasza, bodaj najsłynniejsza praca fotografa, powala niezwykłą precyzją, ogromem pracy i zapewne cierpliwości, ale przede wszystkim zjawiskową intensywnością kolorów, co uderza szczególnie mocno, gdy przeczytamy odnotowany przez Mikolascha rok wykonania…

Jest to zaledwie kilka akcentów w długiej i szalenie barwnej historii fotografii, ale pokazują one choć trochę drogę, jaką przebyła fotografia nim zawędrowała do XXI wieku i stała się właściwie wszechobecna. Myślę, że dopiero patrząc wstecz, możemy zobaczyć, jak szybko i jak wspaniale się rozwinęła i dlaczego co roku 19 sierpnia świętujemy jej narodziny.

Małgorzata Santarek, Dział Fotografii MNWr

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸
Henryk Mikolasch, Dziewczynka z morelami, 1910 ➸

 

print