Jan Pelczarski

Dokładnie nie potrafię powiedzieć, kiedy się w nich zakochałam, ale wiem, że od pierwszego wejrzenia.
Towarzyszą mi każdego dnia od wejścia do mojego pokoju muzealnego. Dzień zaczynam od spojrzenia na jeden z nich, bo wiem są dla mnie „lekiem na całe zło”, jak śpiewa wspaniała Krystyna Prońko.

Nasz etnograficzny zespół wprowadzał się do nowych przestrzeni późną jesienią w 2004 roku. Przeprowadzaliśmy się z ul. Kazimierza Wielkiego do obcego nam wtedy Pałacu Biskupów Wrocławskich na placu Zgody.
Oswajaliśmy ten gmach nie tylko dla zabytków, ale i dla nas – ich opiekunów. Konieczność zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim zbiorom była wielkim wyzwaniem dla pracowników merytorycznych, opiekunek wystaw, konserwatorów, ale też dla mnie, inwentaryzatorki. Nasze działania w tamtym czasie miały w sobie coś z rytuałów „zakładzinowych”, tworzyliśmy nowy dom dla nas wszystkich: ludzi i przedmiotów.

Jeśli chodzi o decyzję, aby właśnie te obrazy stały się moimi „towarzyszami” na długie lata pracy, to nie daje się jej zracjonalizować. To była, jak mówiłam, miłość od pierwszego wejrzenia, a jak mawiają (słusznie) Francuzi, miłość ma swoje prawa, których rozum nigdy nie pojmie. Są takim moim amuletem. Pierwszym moim druhem, wybranym zaraz po rozpoczęciu pracy w muzeum, był przeuroczy miś – ul figuralny autorstwa wspaniałego naszego rzeźbiarza Jarosława Furgały (niedawno odszedł już od nas, niestety). Stał przy moim biurku, żebym zawsze mogła spojrzeć na jego pełne oddania i zadziwienia światem szczenięce spojrzenie. W naszym nowym obiekcie przy placu Zgody pilnuje on w holu dziewczyn w kasie i wita zwiedzających. Zobaczycie sami, gdy będziemy się już mogli spotykać. Zapraszam.

Wracając do mojego Pelczarskiego. Mieszka tu razem ze mną między regałami z księgami inwentarzowymi, literaturą, półkami pełnymi przeróżnych teczek i sprzętami biurowymi. Może dlatego tak bardzo jest mi potrzebny ze swoją melancholią, dowcipem i fantazją.

Czym się ze mną/nami dzieli? Opowiada przeróżne historie, niczym sny na jawie. Postacie-bohaterzy scen z nadnaturalnymi mocami. Oto kobieta idzie w życie ze swoim oblubieńcem pod pachą (artystyczny feminizm?, jakie to mądre). Drzewo, które obsiadły jakieś rajskie ptaki ma wmontowany kran, którego pilnuje siedząca obok kobieta-anioł-barmanka(?). Obok biesiaduje para, to musi być drzewo dobrego i lepszego, jak sądzę. Zabudowania, domki, kapliczki rosną przy sobie niczym maślaczki, trzymając się blisko (może słuszna asekuracja biorąc pod uwagę ich konstrukcję architektoniczną, a może przyjaźń). Słowem – sielsko i anielsko.

A że on Ci nasz, ten Jan Pelczarski, widać wyraźnie. Oto kobieta w oknie, ten piękny motyw zafascynował wielu: i Caspara Davida Friedricha, i Salvadora Dalí – dobre towarzystwo. Otóż stoi i patrzy na bogactwo za oknem, słońce, księżyc, kobietę, której towarzysz właśnie odfrunął, żaglówkę na tle przytulonych do siebie cerkiewek. Może liczy na to, że mężczyzna powróci, albo obserwuje baśniowy spektakl z zadziwieniem i chęcią uczestniczenia w nim.
Na widocznym księżycosłońcu stoi nasza wrocławska katedra. Na innym obrazie lecąca w grubaśnym niczym trzmiel samolocie para nowożeńców mija właśnie Iglicę i – sądząc po dymiącym kominie – ciepłownię.

Plastycy nieprofesjonalni, podobnie jak dawni twórcy ludowi, często inspirowali się sztuką oficjalną. „Podglądali” ją, korzystali z jej podpowiedzi w zakresie techniki i stylu, przejmowali wzory ikonograficzne, ale ostatecznie tworzyli dzieła własne, całkowicie autorskie, często bardziej ekspresyjne niż ich pierwowzory. Inspiracje Jana Pelczarskiego są wyraziste, klimatem i stylistyką najbliżej mu do Marca Chagalla. Jak pisze o nich Elżbieta Berendt, kierująca naszym Muzeum Etnograficznym, „miarą artyzmu ich dzieł jest to, jak zadomawiają się w naszej rzeczywistości i wyobraźni”.

Fantastyczne obrazy Jana Pelczarskiego w mojej zamieszkały już na dobre.

Elżbieta Baluch, Dział Dokumentacji i Inwentaryzacji Muzeum Etnograficznego

#zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸

 

 

print