Intrygujące! „Inspiracje”

Barbara Kicielińska

Po wielu latach pracy, na finiszu długiej konserwatorskiej drogi, myślę o wszystkich zabytkowych obiektach z którymi zetknął mnie los – dziełach trudnych, intrygujących, przysparzających problemów, ale równie często dających wielką radość i satysfakcję.

Od lodowatych wnętrz kościołów, przez brudne od budowlanego pyłu zabytkowe kamienice, po wnętrza Uniwersytetu Wrocławskiego. Tak wiele miejsc, sytuacji, ludzi.

Na przykład szlifowanie renowatorskiej cierpliwości i opanowania we wrocławskiej kamienicy „Pod Złotym Słońcem”, obecnej siedzibie Muzeum Pana Tadeusza. W trakcie konserwacji plafonu w sali reprezentacyjnej na pierwszym piętrze, na końcowym etapie prac, kiedy oczekiwany efekt był tak bliski, robotnicy budowlani pracujący na dachu nie zabezpieczyli go prawidłowo i zeszli z placu budowy przed skończeniem pokrycia dachu. W nocy rozpętała się burza. Ulewa skutecznie zniweczyła nasze konserwatorskie starania. Prace trzeba było rozpocząć od nowa…

Barokowe sztukaterie w Sali im. Oswalda Balzera w gmachu głównym Uniwersytetu Wrocławskiego. W latach siedemdziesiątych XX w. królowały tam szczury. Przemieszczały się tunelami instalacji grzewczej w podłodze. Były wszędzie – od toalet po aulę. Regularnie okradały konserwatorów ze śniadań. Nieustannie trzeba było wszystko dezynfekować. Mimo barokowej wspaniałości wnętrz, praca nie należała więc do najprzyjemniejszych. Jednak efekt prac okazał się wart wyrzeczeń.

Później na horyzoncie pojawiło się całkiem nowe wyzwanie. Panorama Racławicka.

Wyzwanie nie tylko konserwatorskie. Czasy były niespokojne, niepewne, a przedsięwzięcie ogromne i całkiem różne od dotychczasowych. Stało się ważną inspiracją i motywacją do działania dla całego ówczesnego środowiska konserwatorskiego.

Kiedy zapadła decyzja o realizacji, rozpoczęło się kompletowanie zespołu konserwatorów.

Pojawiali się młodzi, pełni pomysłów ludzie, stawiający pierwsze kroki na swej zawodowej drodze, m.in. Ryszard Wójtowicz, Jerzy Ilkosz czy Mariusz Wrzal.  Kierowali doświadczeni – szef pracowni Stanisław Filipiak czy szef sztafażu Ryszard (Rysiek) Reguliński. Rozpoczęły się słynne dla tej pracowni burze mózgów.

Obiekt wymagał wielotorowego myślenia, planowania prac daleko do przodu, skomplikowanego „zarządzania projektem”. Nawet przygotowanie zamówień materiałów było nietypowe. 10 litrów benzyny czy acetonu stanowiło porcję na jeden dzień pracy. Każdy z nas był trybikiem dużej maszyny.

Zadanie okazało się wyjątkowo trudne. Początkowo prace wykonywaliśmy w pozycji horyzontalnej. Każdy miał własne „poletko” i materacyk do pracy. Choć dni umilał nam mały rudy kotek przybłęda łaszący się do wszystkich, niestety kręgosłup i łokcie odmawiały posłuszeństwa.

Do rangi wyzwania urastało własnoręczne przygotowanie kitu w moździerzu wielkości dużej donicy. A ilość kitu do uzupełniania ubytków płótna Panoramy robiła wrażenie…

Niestety nie tylko logistyka utrudniała konserwatorskie życie, także ówczesne władze wojewódzkie umilały pracę kierownictwa, podnosząc mu regularnie ciśnienie. Paradoksalnie, powodowało to wspaniałą integrację pracowni. Ludzie żyli swoją pracą, spotykali się wieczorami, nadal roztrząsając bieżące problemy konserwatorskie.

W przypadku Panoramy wszystko było nietypowe – od ilości materiałów po liczbę pracowników przy jednym obiekcie. Tak oczywisty zabieg jak dublaż obrazu (czyli podklejenie nowym płótnem) okazał się nie lada wyzwaniem.  Został wykonany w nowatorski sposób. Tylko górną część każdego brytu zdublowano na płasko. Pozostałą pracę dublażową wykonywaliśmy na wózkach wiszących po obu stronach płótna. Całość została zdublowana ręcznie, w pozycji wertykalnej.

Czas od października 1981 r. do czerwca 1985 r. pozostanie w mojej pamięci jako bardzo napięty, wymagający ogromnego skupienia i pracy. Doświadczenia w punktowaniu nieba Panoramy farbami akrylowymi – bezcenne. Wymagająca praca na wiecznie huśtających się wózkach – dostarczała adrenaliny. Ile trzeba było mieć siły, żeby regularnie wjeżdżać i zjeżdżać tymi monstrami…

Ostatni etap prac oczywiście najprzyjemniejszy – wreszcie zobaczyliśmy efekty naszych zmagań.

Kiedy w 1987 r., po licznych doświadczeniach zawodowych, rozpoczęłam pracę  w Dziale Konserwacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu, doceniłam komfort i organizację tego miejsca. Muzeum emanuje spokojem, ma wyjątkowy klimat i oferuje konserwatorowi nieprzebraną różnorodność obiektów. Każdy z nich jest ciekawy i niepowtarzalny. Każdy inspiruje do szukania najlepszego sposobu pracy, najwłaściwszej metody, przemyślenia kolejności kroków, dbałości o odwracalność procesów.

Doświadczenie zawodowe podpowiada mi jeden ważny wniosek – zabytki wydają się podobne, ale gdy rozpoczynamy pracę z nimi, każdy okazuje się zupełnie inny. Ta inność, różnorodność jest najbardziej pociągająca w zawodzie konserwatora. Wszystkie dzieła, których „dotknęłam” – od malarstwa starego po współczesne, od rzeźby średniowiecznej po zabytki etnograficzne – inspirują we własny niepowtarzalny sposób. Każdy opowiada swoją historię, do której i my dokładamy kilka wersów.

Fot. archiwalne – Stanisław Rzeszowski
Agata Gabiś, Rotunda Panoramy Racławickiej, Wrocław 2018

Barbara Kicielińska, konserwator zabytków w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
22 kwietnia 2020

Zapraszamy do lektury innych tekstów w cyklu „Intrygujące!” ➸

 

print