Ewa Kuryluk „Białe fałdy czasu”

Tkanina bliska ciału to najbardziej sugestywna metafora skóry
zewnętrznej i wewnętrznej, naskórka i błony pamięci

lubię rysować krwawoczerwonym tuszem na bawełnianej surówce barwy wosku
tworzyć drugą skórę
duplikat brzucha
duplikat twarzy
często własnej

tkanina to film
lubię go wyjąć z siebie
przypiąć do ściany
rzucić na krzesło
powiesić na drzewie
położyć na ziemi

tkanina to rzeźba
z powietrza

przestrzeń
mój namiot pokus
moja willa tajemnic
mój teatr miłości
mój dom czasu
mój ogród Ewy

organiczna
efemeryczna
egzystencjalna
minimalna

tkanina to dla mnie totalne
dzieło sztuki

Nie, nie wymyślę nic lepszego! Pomyślałam kilka dni temu, gdy przy porządkowaniu książek wpadł mi w ręce katalog galerii Artium w Fukuoce i przypomniał się wernisaż 22 stycznia 1998 roku. – I English teacher emeritus – przedstawił się zgarbiony staruszek i zapytał, co myślę o dawnej sztuce japońskiej. Odparłam, że ją podziwiam za minimalizm i dar syntezy, za dbałość o detal i symbiozę z przyrodą. A zwyczaj, by dzieł sztuki nie eksponować permanentnie, ale chować i wyjmować, uważam za dobry przykład dla współczesnych artystów, bo wszędzie trzeba oszczędzać miejsce. Następnie podeszła do mnie młoda kobieta z pytaniem, czy może wyrecytować mój wiersz po japońsku. Skinęłam głową z uśmiechem. Przeczytała tekst powyżej i poprosiła tłumacza, by mi przełożył na angielski: – Miss Ewa Kuryluk musiała być w poprzednim życiu Japonką.

Zanotowałam te miłe słowa. A czytając je teraz, myślę o swoim „poprzednim życiu”, nim mi wysiadły stawy biodrowe, o wędrówkach po Japonii z kompasem i plecakiem. W środku miałam aparat fotograficzny i rolkę z „ludźmi z powietrza”. Rozwijałam ich i układałam na kamieniach, wieszałam na gałęziach. Pierwsze instalacje plenerowe zrobiłam na Manhattanie jesienią 1981. W dziesięć lat potem odkryłam krajobrazy Japonii. A nim ją poznałam, opisałam spacery po Kioto w Century 21 (1992). Epilog Wieku 21 (1995) to Trio dla ukrytych (2000): mini-powieść w formie listów relacjonujących powstanie instalacji z postaciami muzyków w białych weneckich maskach pod drzewami sakaki. W szintoizmie są święte, a na gałązkach wiąże się jak wstążeczki białe bibułki z liścikami do bogów, adresowane pewnie najczęściej przez zakochane nastolatki.

W mojej pracy obraz wyprzedza zwykle słowo. W Trio dla ukrytych, ostatniej instalacji na białej bawełnie z rdzawo-błękitnymi rysunkami, przyszłość sygnalizują skrawki jedwabiu – tęczowego na instrumentach, żółtego w oczach muzyków. Tak się kończyło, z czego sama nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, dwudziestolecie „białe” i zaczynało „żółte”. Ku nowym czasom prowadziła mnie Carol Kar. W Wieku 21 kocha się w niej Italo Svevo, w Trio pisze do mnie w liście: „Ach ta Carol! Popełniła samobójstwo, bo paliła się do życia. Była artystką, ale powinna była zostać krawcową: sztukę chciała skroić z własnej skóry”.

Do sztuki z własnej skóry ciągnęło i mnie. Lecz cofałam się ze strachu, że skończę jak Carol. Dlatego to ona jest autorką instalacji, ja zaś tylko wykonawczynią „testamentu” czy „partytury”, w której Carol zanotowała swoje wizje obłędu i traumy, doświadczenia zarazy realnej i dżumy moralnej, wyrażając tragiczny los osób skazanych na życie w ukryciu i w masce przyrośniętej do twarzy.

Kto zna moją trylogię (Goldi, Frascati, Feluni) i żółte instalacje, odczyta bez trudu sens Tria dla ukrytych. Lecz warto pamiętać, że dwadzieścia lat temu była to szarada nie tylko dla publiczności, ale również dla mnie. Nie znając faktów, fantazjowałam i „obwijałam w bawełnę”, żeby nie zranić mamy. Po jej śmierci w pół roku po wernisażu wystawy żałowałam, że nie zdradziłam mamie, co mnie zainspirowało. Były to jej słowa napisane do mnie na odkrytce wysłanej z Warszawy do Nowego Jorku: „Noc w noc słucham Vivaldiego. Nie wyobrażasz sobie, dziecko, czym jest muzyka wenecka dla istoty ukrytej w fałdach czasu”.

Pięć lat temu, zwiedzając po raz pierwszy białe amfilady Pawilonu Czterech Kopuł, zdecydowałam się pokazać przede wszystkim prace wcześniej w kraju nieeksponowane. Po wybuchu pandemii, gdy wystawę trzeba było przesunąć o rok, a świat zaczął się zmieniać w oczach, zrozumiałam, że retrospektywę białych instalacji z lat 1980–2000 powinien zakończyć koncert zamaskowanych muzyków ukrytych w fałdach czasu.

Ewa Kuryluk
Paryż, 1 marca 2021

■ Wystawa czasowa „Ewa Kuryluk. Białe fałdy czasu. Instalacje 1980–2000” ➸
■ #zoom_na_muzeum – zapraszamy również do lektury innych tekstów ➸

 

print