Intrygujące!
Czekamy na Was, Dzieciaki :-)

Olga Budzan

Dzień Dziecka – wszystkiego najlepszego, Kochani. Oj, stęskniliśmy się za Wami!

Na czym polega praca w dziale edukacji?

Jest to pytanie, które często słyszę od rodziny i znajomych. Zwykle odpowiadałam na nie, wydając z siebie różne nieartykułowane dźwięki, wspominałam coś o lekcjach i przesuwaniu dużej liczby krzeseł. W obecnej sytuacji, gdy z powodu koronawirusa przymusowo czas spędzałam w domu, miałam więcej czasu i możności zastanowienia się nad tym, kim jestem.

Kwestią podstawową jest oczywiście przekazywanie wiedzy. Edukator musi więc znać się w swojej dziedzinie niemal na wszystkim – lub choćby starać się znać.

Zakres wiedzy obejmuje zatem historię budynku, w którym pracuje (kto był architektem, kto w budynku mieszkał, jak mieszkał, z kim mieszkał, anegdoty, legendy etc.). My, pracownicy muzeum Etnograficznego, mamy pecha, bo budynek powstał w pierwszej połowie osiemnastego wieku – i od tego czasu naprawdę wiele się w nim działo. W naszym pięknym pałacu była rezydencja biskupów wrocławskich, pałacyk letni, a nawet przetwórnia cykorii, Urząd Stanu Cywilnego oraz, o czym wielu z was zapewne pamięta, Dom Aktora.

Edukator musi znać historię kolekcji muzealnej. Musi rozumieć historyczny kontekst tworzenia zbiorów. To, co uważaliśmy wczoraj za zwykłe i nieciekawe, jest dziś rzadkie i cenne, nieprawdaż? A jeśli dodamy do tego kontekst związany z migracjami ludności na Dolnym Śląsku, sprawa robi się już naprawdę skomplikowana. 

Dobry edukator wie, co jest w każdym z działów. Wie, co jest szczególnie cenne i dlaczego. Wie, co jest w magazynie, co zostało wypożyczone do innego muzeum lub co nam pożyczyło inne muzeum. Potrafi też z gracją odpowiadać na specjalistyczne pytanie z zakresu,  o którym nie ma bladego pojęcia.

Ale to jeszcze nic! Dobry edukator oprowadzi po muzeum grupę składającą się czy to z płaczących trzylatków, czy naburmuszonych nastoletnich chłopców, bo i tacy czasem bywają w muzeum, albo z par złożonych na przykład ze starszych pani i pasjonatów regionalistów – i im także musi opowiedzieć o zabytkach w taki sposób, by każdy wyniósł z wizyty coś dla siebie.

Edukator też człowiek, ma swoje zdanie. Nie wszystko musi mu się podobać. Nie może jednak za bardzo się z tym zdradzać. O każdej mniej przez siebie lubianej wystawie musi opowiadać z taką samą pasją jak o ulubionych perełkach z kolekcji muzealnej. 

Edukator prowadzi lekcje muzealne. Jest to lwia część naszej pracy. Musimy wtedy na godzinę okiełznać rozszalałe dzieci. Czasem bywa, że dzieci nawet nie są już takie rozszalałe, bo nasze muzeum jest na przykład ostatnim z punktów programu wycieczki, gdy wycieńczone staniem, chodzeniem, jazdą autokarem, emocjami w ZOO czy skakaniem na trampolinach – dogorywają tu u nas na koniec, mając w nosie kolejną dawkę wiedzy. Jeśli dzieci nie okazują wtedy entuzjazmu czy choćby zainteresowania, nie mamy o to pretensji. 

Edukator musi umieć reagować w sytuacjach krytycznych, wtedy kiedy dzieci się biją, chowają pod ławkami, przezywają się lub tak wstydzą, że nie są w stanie wydusić z siebie słowa. Robimy jednak, co możemy, by okiełznać żywioł i by każdy młody uczestnik wyszedł z lekcji zadowolony. 

Edukator musi się uczyć. Ja pasjonuję się plastyką obrzędową. Osiąganie mistrzostwa w robieniu wycinanek, pająków, mandali z wełny, pomponów, zabawek słomianych, wydzieranek, konstrukcji z papieru traktuję jako rozwój zawodowy. Dla osób niezainteresowanych tematem moje codzienne zajęcia mogą wydawać się co najmniej niepoważne. 

Na koniec dodam jeszcze moją ulubioną anegdotę o swojej pracy. Miałam prowadzić zajęcia „Zabawki świąteczne ze słomy”. Limit miejsc na warsztaty szybko się wyczerpał, ja tymczasem ćwiczyłam się w robieniu tych zabawek z wielką pasją. Miałam nieco słomek zachomikowanych od koleżanek i godzinami trenowałam robienie różnych gwiazdek, domków, kotków czy aniołków. Na warsztaty zamówiłam 300 słomek. Byłam przekonana, że będzie tego na pół stodoły, tymczasem, gdy zjawiłam się w muzeum w dniu zajęć, okazało się, że te 300 sztuk na moim biurku to zaledwie maleńka kupka. Ogarnęło mnie przerażenie. Nie było jednak czasu ani możliwości na zdobycie większej ilości tego jakże cennego materiału (chciałoby się aż powiedzieć – kruszywa).

Gdy zajęcia się rozpoczęły, przywitałam wszystkich promiennym uśmiechem, mówiąc „te zajęcia się nie udadzą, jeśli nie będziemy dla siebie mili i koleżeńscy”. Za każdym razem, podchodząc do stolika, przy którym siedziała rodzina z dziećmi, miałam w ręku wyliczoną co do jednej sztuki maleńką garstkę słomek. Pod koniec zajęć wszyscy wyszli z zabawkami, a najwięksi zapaleńcy wyszli nawet z zapasem kilku słomek do zabawy w domu.

Nie wiem, czy ktokolwiek wtedy na sali zorientował się, że jestem przerażona, i niemal do końca warsztatów miałam wątpliwości, czy dla wszystkich starczy materiałów. A jednak się udało.

Co jeszcze robi edukator? Bywa, że pomaga w akcjach charytatywnych, jest jurorem w konkursach dla dzieci, śpiewa piosenki, gra na instrumentach, opowiada żarty i po prostu bawi się z maluchami. 

Nie nauczy tego żadna szkoła ani żaden kurs.

I tyle mogę powiedzieć po roku pracy w Muzeum Etnograficznym Oddziale Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

 

print